piątek, 31 stycznia 2014

To nie tylko moja wina.

-Nie denerwuj się tak, Suze. To tylko wizyta u lekarza, nie przesłuchanie.- Babcia ścisnęła mnie za rękę.- Nie zje cię.
Zarzuciłam plecaczek i po raz setny poprawiłam na sobie ubranie, uśmiechając się nerwowo.
-Wiem, ale i tak się martwię. A co, jeśli z dzieckiem nie wszystko w porządku? Prawie się zagłodziłam na początku, może nie dostawało tego, co potrzebuje?
-Natura sama dba o takie rzeczy, inaczej nie pozwoliłaby kobietom mieć mdłości.
-Niby racja...- Westchnęłam z rezygnacją.- Idę.- Cmoknęłam babcię w policzek i powlokłam się do lekarza. To miała być moja pierwsza wizyta u ginekologa od czasu, gdy Emma zleciła zbadanie mnie przed wylotem do Europy.
Emma. Ilekroć o niej myślałam wpadałam w przygnębienie. Przerażała mnie. Jej nienawiść do mnie musiała być ogromna, nie rozumiałam skąd się wzięła i czym została spowodowana. Co jej zrobiłam, że uparła się utrudniać mi życie od samego początku? Bolało ją, że byłam młoda i ładna, że Jr jawnie okazywał mi zainteresowanie? Przecież od chwili, gdy zdecydowała się na pracę zamiast związku, Jared miewał dziewczyny, i to nawet na poważnie. Dlaczego więc ja działałam na Emmę jak płachta na byka? Co takiego we mnie było, czego nie znosiła do tego stopnia, by posunąć się do szantażu? Skoro miała Leto dla siebie, tak jak chciała, nie powinna się bać, że go jej odbiję. Przecież nie mogłam być dla niej zagrożeniem, nie w sytuacji, gdy Jr wyrzucił mnie praktycznie za drzwi jak niepotrzebny śmieć. Jeśli dostała to, o co jej chodziło, a najwyraźniej dostała, skoro spali razem, to czemu nadal się mnie czepiała i nie pozwoliła mi zamienić z Jr kilku słów?
Głupio mi było pytać o to Shannona, który przy kilku okazjonalnych rozmowach, jakie przeprowadziliśmy przez telefon, nie mówił o niczym sam z siebie, zgrabnie pozostając przy banałach. Unikał tematu brata, czekał aż ja go zacznę, czy najnormalniej nie miał nic do powiedzenia, bo nic tak naprawdę nie wiedział? Może Jared i Emma ukrywali swój związek przez to, że była zaręczona, albo dlatego, że dopiero się zaczął i był jeszcze kruchy, niepewny?
Czy to w ogóle było coś, czym powinnam zwracać sobie głowę? Miałam przed sobą wizytę u lekarza, badania, analizy krwi, co tylko mogłam wymyślić. To były teraz moje priorytety a nie zastanawianie się, dlaczego Emma starała się trzymać mnie z dala od Jareda. Zresztą, ja też zamierzałam go unikać. Robiąc to miałam też pewność, że Emma nie wykorzysta swojej wiedzy przeciwko mnie. Dwie pieczenie przy jednym ogniu, jak mawiała babcia.
W poczekalni gabinetu nie było nikogo prócz pielęgniarki. Podałam nazwisko i po chwili zostałam poprowadzona do środka, gdzie czekał na mnie lekarz. Mężczyzna. Od razu poczułam się nieswojo, tym bardziej, że był dosyć młody, chyba po trzydziestce.
-Proszę usiąść.- Wskazał mi krzesło na wprost swojego biurka.-Słucham, co pani dolega?
-Jestem w ciąży.- Ściskając plecak w dłoniach usiadłam na brzegu krzesła.- Nie mam okresu, zrobiłam test, wynik pozytywny.
-Rozumiem.- Lekarz zanotował coś w karcie.- Jakieś inne objawy? Brak okresu nie świadczy o ciąży a testy bywają omylne.
-Mdłości.
-Proszę się rozebrać, zbadam panią.- Wskazał mi stojący w kącie fotel.
Sam jego widok mnie przerażał, co dopiero mówić o leżeniu na nim z rozsuniętymi nogami. Ale jak trzeba to trzeba. Zdjęłam spodnie i majtki i zajęłam miejsce, mając pod tyłkiem złożony w pół papierowy ręcznik. Z niepokojem patrzyłam, jak lekarz naciąga na dłoń cienką gumową rękawiczkę i staje nade mną, poprawiając ją. Potem wycisnął na palce jakiś bezbarwny, gesty płyn ze stojącej na szafce butelki.
-Proszę rozluźnić mięśnie i spokojnie oddychać.- Powiedział.- Nie będzie boleć.
A jednak bolało. Wsunął mi do środka palce, pchając je naprawdę głęboko, po czym drugą dłonią zaczął naciskać mi brzuch. Miałam wrażenie, że próbuje wycisnąć ze mnie dziecko, wziąć je do ręki, podnieść i pokazać mi ze słowami "Faktycznie, jesteś w ciąży".
-Macica jest powiększona, więc z czystym sumieniem mogę potwierdzić ciążę.- Badanie dobiegło końca, co przyjęłam z wielką ulgą. Ubrałam się w tempie ekspresowym i wróciłam na krzesło, wciąż czując lekki ból między nogami, jakbym po raz drugi straciła dziewictwo. Nic przyjemnego.
Myślałam, że to wszystko, ale okazało się, że nie. Musiałam odpowiadać na dziesiątki pytań, grzebiąc w pamięci by móc powiedzieć, czy w mojej rodzinie zdarzały się komplikacje w trakcie ciąży, czy rodziły się wcześniaki, czy były przypadki dzieci z wadami wrodzonymi. Nie wiedziałam, ale chyba nie, inaczej ktoś coś by o tym wspomniał.
Potem pojawiły się pytania o ojca dziecka. Wpadłam w panikę: co mam powiedzieć? Lekarz nie pytał o jego nazwisko, ale chciał wiedzieć sporo o jego zdrowiu, o zdrowiu jego rodziny, o nawykach żywieniowych, nałogach. Nie wiedziałam nic poza tym, że obecnie Jr nie ma żadnych nałogów, lub też ukrywa je przed światem. Nie mogłam powiedzieć nawet tego, czy w sekrecie nie bierze narkotyków. Czułam się strasznie głupio, odpowiadając na większość dotyczących go pytań "nie wiem". Musiałam wyjść na niezłą puszczalską albo idiotkę, która machnęła sobie dzieciaka z przelotnie poznanym gościem.
Wysłuchałam rad odnośnie mojego sposobu odżywiania, dostałam skierowanie na badania krwi i moczu, kilka ulotek, reklamujących szkoły rodzenia, zalecenie, by brać witaminy, dostosowane do diety bezmięsnej.
Potem lekarz zabrał mnie na USG i po raz pierwszy zobaczyłam swoje maleństwo.

-To taka drobinka, babciu, a już mu bije serduszko.- Po raz chyba setny w ciągu liku dni mówiłam to samo, nie mogąc przestać zachwycać się cudem, jakim było dziecko. Czułam, że już je kocham i nawet nie chciałam myśleć o tym, że jeszcze niedawno brałam pod uwagę aborcję.
-Skoro wybrałaś, że urodzisz, czas chyba poważnie pomyśleć o przyszłości. Co zamierzasz?- Babcia zerknęła na mnie znad stolnicy, na której gniotła ciasto. Miała zadowoloną i tajemniczą minę a w oczach iskierki rozbawienia. Pewnie śmieszył ją mój nagły entuzjazm.
-Nie wiem.- Przyznałam szczerze, czerwieniąc się.
-Nie widzę powodów, żebyś musiała gdzieś wyjeżdżać. W ogóle lepiej by było, gdybyś została tu przynajmniej do chwili, aż dziecko podrośnie.- Słowom babci towarzyszył szeroki uśmiech rozmarzenia.- Uwielbiam dzieci, no i to byłby mój pierwszy prawnuk. Albo prawnuczka.
-Pierwszy będzie od Rolliego, i to pewnie na dniach.- Poprawiłam ją. Siedziałam przy stole, obierając do miseczki potrzebne do ciasta orzechy.
-Nawet mi nie mów, twój brat to idiota.- Żachnęła się.- Trzeba mieć pusto w głowie, żeby zrobić dziecko dziecku. Tłumaczenie się, że wyglądała na starszą, nie jest usprawiedliwieniem. Ciesz się, że cię tu nie było, jak jej rodzice dowiedzieli się o ciąży. Twojemu bratu groziło więzienie, postawili mu ultimatum: albo się żeni i bierze dziewczynę do siebie, albo zgłaszają na policję doniesienie o molestowanie nieletniej. Twoja matka wpadła w histerię.
-No tak, przecież ludzie mogli zacząć gadać.- Wtrąciłam z przekąsem.
-Poniekąd masz rację, ale sama pomyśl: życie w tak małej społeczności niesie z sobą pewne ryzyko, że z byle powodu zostaniesz osądzona i stracisz szacunek. Dla twojej matki Delphi to wszystko, co zna, mieszka tam przez całe swoje życie. Gdyby twój brat dostał wyrok i poszedł do więzienia, nawet na krótko, ludzie przylepiliby jej łatkę matki zboczeńca.
-No tak...
-Rollie żeni się pod przymusem, i wcale nie będę zaskoczona, jeśli zaraz po ślubie i narodzinach dziecka zawinie się i wróci do pracy. Podejrzewam, że będzie w domu gościem, dokąd nie znajdzie sobie gdzieś dziewczyny na odpowiednim poziomie. Cały ciężar wychowania tego nieszczęśnika spadnie na barki twojej matki, bo Shelley jest zbyt niedojrzała, żeby podołać czemukolwiek. Twoja matka o tym wszystkim wie, co doprowadza ją do rozpaczy.
-Miałam wrażenie, że moja rodzina została podmieniona przez kosmitów.
-Twoja rodzina została rozbita, Suze, z tym, że nadal mieszka pod jednym dachem.
-Chyba lepiej, jeśli nie będę się tam pokazywała z brzuchem. Mama by tego nie przeżyła.- Stwierdziłam z namysłem. Babcia uświadomiła mi, że to, co brałam na obrażalstwo mamy i jej niechęć do mnie za niespełnienie je oczekiwań, miało drugie dno. Mama przeżywała tragedię i babcia miała rację mówiąc, że Rollie przez swoją głupotę zniszczył naszą rodzinę.
-Ty jesteś pełnoletnia, Suze, dziewczyna twojego brata nie była i przez najbliższe kilka lat nie będzie.
-Jestem pełnoletnia, a czasem Jr i tak...- Ugryzłam się w język, zanim dopowiedziałam resztę. Babcia nie miała pojęcia ani kim jest ani ile lat ma mój były chłopak. Jeśli już jego temat wypłynął w rozmowie, starałam się mówić o nim jak najmniej. Nie tyle przez to, że podpisałam zobowiązanie do zachowania tajemnicy ile przez to, że wstydziłam się przyznać do współżycia z mężczyzną prawie w wieku mojego taty. Rychło w czas o tym pomyślałam. Byłam w ciąży, postanowiłam urodzić, a głupio mi przyznać się najbliższej na świecie osobie do tego, z kim byłam w związku i kto jest ojcem mojego maleństwa. Czy moja tajemniczość pod tym względem była podejrzana?- Babciu, nie dziwi cię, że praktycznie nic o nim nie mówię?
-Dziwi, ale widocznie masz powód, żeby milczeć.
-Co sobie na jego temat wyobrażasz?- Ciekawa byłam, jaki obraz Jareda babcia sobie wyrobiła na podstawie nikłych informacji, którymi czasem ją częstowałam.
-Skąd pomysł, że w ogóle coś sobie wyobrażałam?- Spytała, dzieląc ciasto na trzy części. Dwie odłożyła na czystą ścierkę, trzecią zaczęła formować w zgrabny prostokąt.
-Jasne, jakbym cię nie znała.- Rzuciłam w jej stronę drobinkę orzecha, śmiejąc się przy tym na jej udawanie, że wcale nie jest ciekawa.
-Za wiele sobie wyobrażać nie mogę. Myślę, że musiał ci się podobać, i to bardzo.
-Jest przystojny.- Przyznałam. Przypomniałam sobie twarz Jr, widziałam w wyobraźni jak się uśmiecha, i zrobiło mi się trochę smutno, że już żaden jego uśmiech nie pojawi się z mojego powodu.- Szatyn, długie włosy, niebieskie oczy.
-Ohoho, interesujące połączenie. Długie włosy?- Spytała, jakby nie dosłyszała za pierwszym razem.
-Mhm, do ramion. Zawsze bardzo o nie dbał, w ogóle był przeczulony na punkcie higieny.- Wspomniałam z rozrzewnieniem, ale nie takim, które prowadzi do łez, tylko do lekkiego rozmarzenia.- Dużo ćwiczył, miał bardzo dobrą kondycję jak na...- Urwałam, patrząc na babcię. Przyglądała mi się z żywym zainteresowaniem, słuchając każdego mojego słowa.
-Jak na kogo? Mówiłaś, że zajmuje się czymś w branży muzycznej, więc chyba nie jest księgowym zza biurka.- Powiedziała zachęcająco.
-Ogólnie jak na faceta. Większość ma gdzieś robienie co dzień pompek czy przysiadów, nawet młodzi mają często brzuszki albo ogólnie są grubi.- Wybrnęłam, przynajmniej na chwilę. Zaczęłam żałować, że poruszyłam temat Jr: strasznie ciężko było pilnować się, by nie zdradzić, ile ma lat. Korciło mnie, żeby to zrobić, powiedzieć w ogóle wszystko, i mieć z głowy. Na pewno wyjawienie prawdy o tym, kim jest, przyniosłoby mi dużą ulgę.
-Widzę, że nie za bardzo masz ochotę na tę rozmowę. Jeśli chcesz, możemy dać sobie z nią spokój albo odłożyć na inną porę.- Babcia uśmiechnęła się do mnie ze zrozumieniem.- Wiem, że rozstanie było dla ciebie bolesne, może jeszcze za wcześnie, żeby...
-Nie o to chodzi.- Jęknęłam, rumieniąc się na zapas.- Już mi przeszło.
-Więc w czym problem? Wiesz, że nie będę cię osądzać, zawsze byłaś rezolutną, wiedzącą czego chce dziewczyną. Powinęła ci się noga, związek, który wyglądał na stabilny, rozpadł się, ale to się zdarza nie od dziś i nie tylko tobie. Nawet dziecko się zdarza.- Dodała. Dziwnie to zabrzmiało, ale było prawdziwe: dzieci się zdarzały.- Suze, czy twój chłopiec cię zastraszył i dlatego boisz się o nim mówić?- W oczach babci pojawił się niepokój i troska.
-Nie, skąd!- Zaprzeczyłam natychmiast, skręcając się w środku ze wstydu. Martwiła się o mnie, kłamliwą idiotkę.- Nie straszył mnie ani nic takiego.- Fakt, nie straszył, jeśli za straszenie nie brać groźby prawnych konsekwencji upublicznienia tego, co o nim wiem.- Tylko... No, on od dawna nie jest chłopcem. Jest dorosły.- Opuściłam wzrok na stół, udając, że muszę patrzeć na obierane orzechy.
-Domyślam się, że musiał być od ciebie starszy. Kilka lat różnicy zakrawa raczej na coś normalnego.
-Kilka tak, ale...- Nabrałam powietrza w płuca, szykując się na zdrowy opieprz.- W tym przypadku było kilkanaście.
Babcia długo milczała. Bałam się na nią spojrzeć w obawie, że napotkam jej oskarżycielski wzrok. Co mogła sobie o mnie pomyśleć? Mój brat zrobił dziecko nastolatce, mi zaś zrobił je facet, mający prawie dwa razy tyle lat, co ja. Farsa, komedia i tragedia w jednym.
-Suze?- Usłyszałam i drgnęłam, nie spodziewając się, że głos babci będzie łagodny. Myślałam, że na mnie nakrzyczy.- Suze, on ma rodzinę, prawda? Dlatego nie chcesz powiedzieć mu o dziecku i z tego powodu w ogóle nie chcesz zdradzić, kim jest. Spodobałaś mu się, bo jesteś młoda i ładna, zaimponował ci wycieczką za granicę, wykorzystał cię i porzucił.
-Nie ma rodziny , jest sam. Znaczy był, teraz pewnie jest z tą...- Nie dokończyłam, nie chcąc używać przy babci soczystych epitetów.
-Bronisz go. Dlaczego? Jeśli jest od ciebie starszy o kilkanaście lat to musiał zdawać sobie sprawę, że to nie będzie miało przyszłości. A skoro tak, to cię wykorzystał. Jeśli cię nie zastraszył, to co zrobił? Obiecał ci coś za milczenie? Dlatego przysłał ci prezent?
Odłożyłam orzechy i skuliłam się, zakrywając dłońmi głowę. Nie sądziłam, że babcia wyciągnie z tego takie wnioski i byłam nimi przerażona. Wyszło zupełnie inaczej, niż chciałam, niż powinno wyjść. Nie mogłam przecież powiedzieć, że od początku oboje, ja i Jr, wiedzieliśmy na czym nasz "związek" polega. Ostatnią rzeczą, jaką mogłabym wyznać, było to, że poszłam z nim dla pieniędzy. Musiałam kłamać.
-To nie tak.- Odezwałam się i podniosłam wzrok.- On jest bardzo sławny, martwił się, że jeśli nasz związek wyjdzie na jaw, nie będę miała spokoju. To ja nie chciałam...- Próbowałam wyjaśnić powody swojej niechęci do mówienia o Jr.- A teraz i tak nikt by mi nie uwierzył, śmiali by się ze mnie, gdybym powiedziała.
-Nikt nie może być aż tak sławny, Suze, żeby inni mieli przez znajomość z nim kłopoty.
-On jest. Uwierz. Widziałam, co się dzieje, jak się gdzieś pokaże. Dziewczyny rzucają się na niego, przy mnie jedna uwiesiła się na nim i podrapała go do krwi.- Tłumaczyłam.- Jak byliśmy w Europie to przed hotelem czekały na niego, choć było późno. Potem, jak poszliśmy na spacer, zjawiły się i zaczęły za nami biec, musieliśmy ukrywać się na drzewie w parku.- Na wspomnienie o pamiętnym wieczorze zachciało mi się śmiać. Zaczęłam chichotać, nie mogąc się opanować. Przed oczami miałam wizję, w której krągły tyłek Jr oddalał się w te pędy, jakby jego właściciel bał się, że zrobią mu z niego jesień średniowiecza. Po chwili śmiałam się tak, że ledwie mogłam mówić.- Musiałabyś na własne oczy zobaczyć, jak wielki Jared Leto wieje, aż się kurzy.- Usłyszawszy, co powiedziałam, spoważniałam w jednej sekundzie. Nie wiem, czy babcia podeszła mnie jak myśliwy zwierzynę, czy sama zapędziłam się w kozi róg, ale za późno było się nad tym zastanawiać, skoro nazwisko już padło.
-Kto to jest Jared Leto?- Babcia uniosła brwi, najwyraźniej nie kojarząc o kim mówię. Z racji wieku miała prawo nie wiedzieć. Wyjaśnianie mogło trwać zbyt długo, poza tym nawet ja wiedziałam o nim niewiele, choć moja wiedza zawierała wiadomości, jakich nie miała większość ludzi.
-Zaraz ci pokażę, za dużo tego, żeby mówić.- Zrezygnowana poszłam po laptop i włączyłam przeglądarkę. Wpisałam zapytanie i nie przypadkiem wybrałam wynik, w którym przedstawiono biografię Jr i jego osiągnięcia. Zdjęcie, które go przedstawiało, pochodziło chyba sprzed kilku lat. Wyglądał na nim młodziej i miał krótsze włosy, ale sprawiał przyjemne wrażenie. Ucieszyło mnie to, chciałam, jeśli już babcia miała go zobaczyć, żeby jej się spodobał.
Zostawiłam babcię z lekturą i sprzątnęłam ze stołu, potem rozdrobniłam orzechy, rozdzieliłam je na dwie porcje, jedną zmieszałam z podgrzanym na kuchence miodem i dodałam do masy odrobinę sezamu. Byłam trochę zdenerwowana, czułam się tak, jakbym czekała na ocenę, podsumowanie. Opinia babci była dla mnie ważna, a w sytuacji, w jakiej się znajdowałam, nawet ważniejsza, niż kogokolwiek innego. Dopiero co zaproponowała mi, żebym u niej mieszkała z dzieckiem człowieka, o którym myślała, że mnie wykorzystał. To ja sprawiłam, że miała o nim złą opinię, musiałam więc nieco ją poprawić mimo tego, że Jr naprawdę zachował się wobec mnie paskudnie. Gdyby nie okoliczności, w jakich się poznaliśmy, gdyby nie to, że przez krótki czas byłam zwykłą dziwką i musiałam to ukrywać, miałabym gdzieś, co babcia sądzi. Ale wpakowałam się w kabałę, więc nie pozostało mi nic innego, jak się z niej w miarę bezboleśnie wykaraskać. Ostatnie, czego mi było trzeba, to nastawiona antyjaredowo babcia, gotowa w mojej obronie napisać do niego gdzieś na portalu, że jestem w ciąży i ma ponieść tego konsekwencje. Poinformowanie go nie musiało być wcale trudne: Leto był niesamowicie medialny, miał konta wszędzie, gdzie się dało. Ile wysiłku kosztowałoby babcię sklecenie paru słów i wysłanie ich mu choćby na Twitterze? Nie była zacofana, miała komputer, co prawda służący głównie do wyszukiwania przepisów i rozmów ze znajomymi na Skype, ale byłam pewna, że jeśli będzie chciała, poradzi sobie i z zakładaniem konta na jakimś portalu.
Czekałam co powie, starając się zachowywać cicho i nie ponaglać jej. To była ważna chwila, niemal decydująca o mojej przyszłości. Jeśli babcia powie, że ją zawiodłam...
-To poważna sprawa, Suze.- Usłyszałam jej ciche słowa.- Myślałam, że to ktoś mniej znaczący, a tymczasem... Jesteś pewna, że to on?
-Nie wierzysz mi.- Stwierdziłam, nawet nie zdziwiona. Byłam nikim, on był wszystkim, nie pasowaliśmy do siebie. Trudno było uwierzyć, że taki człowiek jak Jr mógłby zainteresować się dziewczyną znikąd, bez przeszłości i przyszłości.
Czy zwróciłby na mnie uwagę gdyby po prostu zobaczył mnie na ulicy? Czy by mnie zaczepił, próbował namówić na spotkanie, starał się... Czy jeśli poznalibyśmy się w innych okolicznościach, nasz związek byłby prawdziwy? Nie zastanawiałam się nad tym głębiej aż do tej chwili, ale coś mówiło mi, że nie przeszedłby obok mnie obojętnie. Pamiętałam jak pytał, czy dałabym zaprosić się na lunch, gdyby wpadł na mnie przypadkiem. Mówił wiele razy, że jestem jego ideałem pod względem wyglądu, że mnie naprawdę polubił i nie uważa mnie za dziwkę. Powiedział przecież, że dziwki nie przedstawiłby matce.
Boże, a ja tego wszystkiego nie zauważałam.
Wyszłam do siebie, wygrzebałam z zakamarków umowę, którą podpisał, i pokazałam ją babci.
-Miała na celu zamknąć buzie ciekawskim, gdyby ktoś zaczął wypytywać, co robię w jego towarzystwie. Dla niepoznaki pozwalał mi prowadzić swój samochód, poza tym naprawdę mi za to zapłacił. Nie mogę powiedzieć, żeby był oszustem czy coś. Zawsze dotrzymywał słowa.- Mówiłam, żeby uprzedzić pytania.
-Rozumiem, dlaczego nie chcesz powiedzieć mu o dziecku.- Babcia wytrąciła mnie z myśli.- Mógłby opatrznie to odebrać.
-Nie wiem, ale na pewno by się wkurzył. Powtarzał, że nie chce mieć dzieci, w kółko dopytywał się, czy biorę pigułki. A ja jednej nie wzięłam.- Westchnęłam przeciągle.- Nastawił w swoim telefonie alarm, żeby przypominać mi o godzinie, dbał o to. Zawaliłam na lotnisku...- Znów nie dokończyłam, tknięta nagłą myślą, że wtedy, gdy lecieliśmy do Anglii, telefon Jr przestawił się na inną strefę czasową. Mój nie, ale ja miałam prymitywny aparat z podstawowymi funkcjami, nadający się jedynie do pisania SMS, dzwonienia i odbierania rozmów. W Nowym Jorku alarm się nie odezwał a następny dał znać o pigułce dopiero dzień później, w Londynie. Zmiana czasu uśpiła naszą czujność i sprawiła, że przestawiła się godzina, o której powinnam brać kolejne pigułki. Nawet gdybym wzięła tę pominiętą, następną powinnam zażyć nie o 8 wieczór a prawie 10 godzin wcześniej, żeby utrzymać zalecane 24 godziny odstępu między nimi. Dlaczego dopiero teraz na to wpadłam?
-Suze, co się stało? Zbladłaś.- Babcia odsunęła laptop i podeszła do mnie, z troską odgarniając mi włosy za ucho.- Źle się poczułaś?
-Nie. Tak. Kurde.- Motałam się.- Cholera, alarm mu nie zadzwonił, bo czas się przestawił, przez to jej nie wzięłam. Przez tę pieprzoną zmianę strefy. Jestem w ciąży, bo lecieliśmy i zapomnieliśmy o zmianie czasu.- Usiadłam i ukryłam twarz w dłoniach. Nie chciało mi się płakać, wręcz przeciwnie. Cała sytuacja była groteskowo śmieszna i żałosna. Przyczyna mojego stanu zaś tak banalna, że trudno w to uwierzyć.
-I co teraz zrobisz?- Babcia przyciągnęła sobie drugie krzesło i usiadła na nim, głaszcząc mnie po plecach.
-Nic.- Wyprostowałam się.- Po prostu teraz wiem, dlaczego tak się stało, ale to niczego nie zmienia.
-Nie uważasz, że powinien się dowiedzieć?
-Babciu, będzie wściekły. Powie, że zrobiłam to specjalnie, żeby wyciągnąć od niego pieniądze. Powie, że to zaplanowałam, a teraz, jak jest z tą... z Emmą, że próbuję ich rozdzielić.- Wymyślałam na poczekaniu powody, dla których nie musiałam zawiadamiać Jr o dziecku. Brzmiały niepoważnie, doskonale słyszałam, jak bardzo są żałosne i słabe.- Poradzę sobie.
-Przecież nie musisz nic od niego brać. Suze, powiedziałaś, że był wobec ciebie uczciwy, a ty? Nie uważasz, że to nie w porządku ukryć przed nim coś tak ważnego?
-Skoro nie chciał dzieci to nie musi wiedzieć.- Odparowałam nieco ostrzej, niż zamierzałam, ale argumenty babci zbijały moją obronę na pniu i czułam się coraz mniejsza i mniej warta.
-Skoro ich nie chciał i ich nie ma to twoje, być może, jest jedynym, jakie będzie miał. Weź to pod uwagę, Suze.
-To nie takie proste.- Wykręcałam się, jak mogłam.
-Nic nie jest proste. Nie mam zamiaru wtrącać się ani nakazywać ci, żebyś zrobiła coś, czego nie chcesz, jeśli uważasz, że lepiej będzie nic nie mówić, to widocznie masz ku temu powody. Nie wnikam.- Babcia wróciła do ciasta. Rozłożyła je do końca na blasze i wylała na wierzch przygotowaną przeze mnie masę.
-Ale?- Spytałam. Byłam pewna, że nie powiedziała wszystkiego, co chciała.
-Dziecko to nie szczeniaczek, którego nie interesuje nic prócz pełnej miski i kąta do spania. Kiedyś będzie chciało wiedzieć, skąd się wywodzi, i jego świętym prawem będzie otrzymać od ciebie odpowiedź, która będzie prawdziwa. W sytuacji, kiedy od początku zakładasz życie w fałszu, bo to sobie planujesz, lepiej tego dziecka nie miej.
-Dzięki, że we mnie wierzysz.- Prychnęłam, wyprowadzona z równowagi.- Mam rozumieć, że wobec tego lepiej będzie, jeśli jednak wyjadę, tak? Nie ma sprawy.- Coraz bardziej zdenerowowana zgarnęłam komputer, gotowa spakować się choćby od razu.
-Masz zrozumieć, że zachowujesz się egoistycznie i dziecinnie. Myślisz tylko o sobie i o tym, żeby ci było wygodnie. Unikasz odpowiedzialności, a przynajmniej jej części.- Babcia wstawiła ciasto do piekarnika i zastąpiła mi drogę, nie pozwalając wyjść z kuchni.- Jesteś niepoważna, Suze, i dochodzę do wniosku, że wcale tak dobrze cię nie znam.
-Nic nie rozumiesz...- Opuściłam wzrok, nie chcąc widzieć zawodu w jej oczach.
-Boisz się jego, a powinnaś bać się siebie. To twoje życie, on nie musi być jego częścią nawet wtedy, gdy będzie wiedział. Nie chcesz brać od niego pieniędzy, rozumiem, ale nie możesz być pewna, czy kiedyś nie staniesz przed sytuacją, w której nie będziesz mieć innego wyjścia. Brałaś pod uwagę to, że dziecko prawnie będzie jego spadkobiercą?
-Babciu...- Przewróciłam oczami.- Najpierw musiałby je uznać, co łączy się z poniżającymi badaniami na ojcostwo, łażeniem do sądu i robieniem wokół tego szumu.
-Jeśli się wyprze a ty udowodnisz, że dziecko jest jego, to on będzie się wstydził.
-Nie chcę prowadzić z nim wojny.- Fakt, nie chciałam. Ryzykowałam, że wyjdzie na jaw to, co musiałam ukryć. Skoro powiedział Emmie, że byłam jego dziwką, co powstrzyma go przed ujawnieniem tego innym? Nie mówiąc o samej Emmie, czekającej pewnie na okazję, by mnie pogrążyć.
-Więc załatw to polubownie, porozmawiaj z nim w cztery oczy. Powiedz, że nie chcesz upubliczniać sprawy. Jeśli jest taki, jak o nim mówisz, pójdzie ci na rękę.
-Nie jestem pewna.- Nadal szukałam wyjścia z niewygodnej sytuacji. Może było to egoistyczne, może podyktowane strachem, nie wiem.
-Przemyśl to, Suze. Tu idzie o przyszłość twojego dziecka i twoją. To wysoka stawka.
-Wiem.- Mruknęłam na odczepnego.- Idę na basen.
Od kilku dni co dzień chodziłam na pływalnię, dbając o kondycję w sposób tak łagodny, jak się dało. Lubiłam pływać a sport w tej formie dobrze wpływał na mój stan. Lekarz zalecił mi łagodne ćwiczenia i powiedział, że pływanie bez forsowania się będzie doskonałe w utrzymywaniu wagi. Jadłam dużo, nie chciałam przytyć więcej, niż musiałam. Z przerażeniem myślałam o nadwadze i "boczkach". Pewne było, że moja figura trochę się zmieni po dziecku, ale nie chciałam przypominać hipopotama.
Spędziłam godzinę na pływalni, potem poszłam na spacer. Starałam się odciąć od wszystkiego, o czym rozmawiałam tego dnia z babcią, ale nie było łatwo odsunąć od siebie natrętne myśli. Szczególnie jedna nie dawała mi spokoju: to nie ja stałam po dobrej stronie. Babcia miała rację co do tego, że chcę odebrać dziecku coś, co mu się należało. Nie mogłam za nie decydować, musiałam spojrzeć prawdzie w oczy. Pieniądze jego ojca mogły otworzyć przed nim drzwi wielu renomowanych szkół i uczelni, pozwolić na lepszy start w życiu. Ja nie miałam nic, bo co to jest 40 tysięcy wobec kilkudziesięciu lat, jakie miną, nim mały Swift... lub Leto... będzie mógł iść przez życie samodzielnie? Kropla w morzu potrzeb. Chciałam czy nie, bałam się czy nie, będę musiała stanąć przed Jaredem i powiedzieć mu, co się stało.
Ale nie od razu. Nie muszę się spieszyć. Mam czas. Mam pół roku, by przygotować się do rozmowy, która może być najtrudniejszą ze wszystkich, jakie kiedykolwiek przeprowadzę.

Idąc wolnym krokiem przez park przeglądałam swoje ostatnie wyniki. Nie znałam się na tym za dobrze, ale wierzyłam lekarzowi, twierdzącemu, że nic nie dolega ani mi, ani dziecku. Nawet moja głodówka z pierwszych tygodni ciąży nie wpłynęła negatywnie na jego rozwój i rosło zdrowo, choć prawdopodobnie nie będzie należało do olbrzymów.
Schowałam wydruk do plecaka i skręciłam w lewo, w stronę banku. Moje oszczędności topniały, choć nie w takim tempie, bym wpadała w panikę. Dokładałam się do czynszu i opłat za media, robiłam zakupy, szarpnęłam się nawet na maszynę do wyrabiania ciasta, która odciążyła babcine ręce. Poza tym jedzenie dla siebie kupowałam ostatnio w sklepie ze zdrową żywnością, niestety wcale nie tanim. Pobyt u Jr nauczył mnie jednak, że jeśli idzie o zdrowie, nie warto szukać go w produktach masowej produkcji, stojących na półkach w każdym markecie.
Wybrałam z konta 2 tysiące i ruszyłam do domu, w drodze zatrzymując się jeszcze przy straganie z owocami. Nie mogłam przejść obok niego obojętnie, skoro z daleka kusił mnie zapachem truskawek. Może upiekę placek? Nauczyłam się sporo, mieszkając u prawdziwej mistrzyni w pieczeniu ciast od ponad dwóch miesięcy. Umiała już tyle, że babcia zlecała mi przyrządzanie mas i dekorowanie gotowych ciast okolicznościowych. Ostatnim moim dziełem były zdobienia na torcie weselnym mojego brata.
Nie byłam na ślubie. Wykręciłam się złym samopoczuciem, które udawałam od kilku dni, żeby nie wyglądało podejrzanie. Nie umiałam zwalczyć głupiego przekonania, że moja obecność na ceremonii brata będzie zapowiedzią śluby Jr i Emmy. Po prostu bałam się wywołać wilka z lasu. Idiotyzm czystej wody, ale tak czy siak po prostu nie poszłam na ślub własnego brata, co wywołało w rodzinie niemałą burzę. Mama była święcie przekonana, że wina stoi po stronie babci i że to jej teściowa podbuntowała mnie i nastawiła do Roliego wrogo. Nie zjawiła się z pretensjami osobiście, wykrzyczała mi to przez telefon dodając, że od powrotu z LA nie jestem sobą. Nie wiem, dlaczego nie powiedziałam jej o ciąży. Słuchałam, jak na mnie wrzeszczy, nie odzywałam się, patrzyłam przed siebie i nie reagowałam. Gdy skończyła i rozłączyła się odetchnęłam z ulgą i z myślą, że mam to za sobą. Być może w tamtej chwili moje kontakty z rodzicami zostały w jakiś posoó zerwane na dobre, ale nie zależało mi na nich. Już nie. Byli dla mnie obcy, tak jak ja stałam się obca dla nich. Miałam już swoje sprawy i swoje życie, na którym musiałam się skupić. Chyba rzeczywiście się zmieniłam...
Wróciłam do domu, zastając babcię czytającą jedną z jej ulubionych książek.
-Suze. Dobrze, że jesteś. Był do ciebie kurier, przyjdzie jeszcze raz pod wieczór.
-Kurier?- Zdziwiłam się.- Przecież niczego nie...- W tym momencie przypomniałam sobie o przesyłkach od Jr.- Cholera! Skąd on wziął ten adres?- Spytałam retorycznie: miał go, jeśli przejrzał dane z mojego starego komputera.
-Kto?- Babcia patrzyła na mnie znad okularów.
-A jak myślisz? Ciągle przysyła mi to, co zostawiłam. Nakupił mi ciuchów i nie dociera do niego, że ich nie chcę.
-No to je przyjmij, skoro są twoje.- Wzruszyła ramionami, jakby to nie był żaden problem.- Może chce się pogodzić?- Dodała z nadzieją.
-Jasne, dlatego kazał mi do siebie nie dzwonić a jego nowa niunia poinformowała mnie, że wysyła mi wszystko, bo pozbywa się śmieci.- Wysypałam truskawki do miski i wstawiłam do lodówki. Odechciało mi się ich równie nagle, jak wcześniej nabrałam na nie ochoty. Przypomniały mi danie, które jadłam w Polsce, ciepłe, słodkie i przepyszne coś, czego nazwy nie pamiętałam. Wiedziałam, że od dziś truskawki nieodłącznie będą kojarzyć mi się z Polską i Jaredem.
-Wiesz, jacy są mężczyźni. Unoszą się dumą i za nic nie przyznają się do tego, czego chcą, więc kombinują.
-Nie wiem, jacy są. Miałam do czynienia tylko z jednym, do tego popieprzonym. Jezu.- Przejechałam dłonią po włosach, rozglądając się po kuchni i wcale jej nie widząc.
-Jak tam wizyta? Wszystko dobrze?- Babcia zmieniła temat.
-Tak. Podręcznikowo dobrze.- Powiedziałam z roztargnieniem, myślami będąc o lata świetlne stąd. Głowiłam się, czy babcia nie ma jednak racji i czy uparte przysyłanie mi paczek nie ma na celu pokazanie, że Jr trochę na mnie zależy. Nie sądziłam, żeby był złośliwy do tego stopnia, by mnie po prostu dręczyć. W jaki sposób sprawdzić, o co mu chodzi? Nie chciałam do niego dzwonić, bo bałam się, że znów odbierze jego tufta i tym razem nie skończy się na groźbach. Może wypytać Shannona? Szczerze i bezpośrednio zapytać, czy Jared coś mu na mój temat mówił, czy mnie wspomina. I czy Emma... Nie, nie poniżę się i nie będę pokazywać, że interesuje mnie, czy są razem. Niech się pieprzą, oboje.
Z drugiej strony, skoro miałam mieć dziecko Jr, powinnam widzieć, czego się spodziewać. Wolnego Leto "do wzięcia" czy zajętego obskakiwaniem podstarzałej panny Ludbrook dupka. W pierwszym przypadku na pewno lepiej przyjąłby wiadomość o potomku, w drugim... Brakło mi wyobraźni, żeby zobaczyć w myślach ICH reakcję.
Czekałam na kuriera jak na szpilkach, podrywając się na każdy dochodzący z klatki schodowej szmer. Nawet do toalety nie szłam tak długo, aż rozbolał mnie pęcherz. Jak na złość gdy tylko usiadłam na sedesie rozległ się dzwonek do drzwi.
-No kurde...- Jęknęłam. Trzy minuty później wyleciałam z łazienki jak z procy, zastając rozanieloną babcię i kuriera, pochłaniającego kawałek jej szarlotki.
-Dzień dobry. Podobno coś do mnie przyszło?- Powiedziałam od razu, nie bawiąc się w gierki słowne.
-Pani Eleanor Swift?- Facet oblizał palce, wytarł je w połę uniformu i wyciągnął z kieszeni niedużą podkładkę z przyczepioną do niej kartką.
-Tak. Mam pokazać jakiś dokument?
-Proszę.
Wymieniłam z babcią zdziwione spojrzenia i poszłam po prawo jazdy. Przez przypadek wzięłam to, które uprawniało mnie do prowadzenia w krajach europejskich, ale wystarczyło. Podpisałam odbiór przesyłki, dziwiąc się, że adres, jaki widnieje na formularzu, to ten z Delphi.
-Skąd pan wiedział, gdzie mnie szukać?
-Od starszej pani Swift. Czy mam zaznaczyć w formularzu, by przekazano pani nowy adres do nadawcy?- Spytał, zawieszając długopis nad odpowiednią kratką.
-Nadawca zna ten adres.- Powiedziałam chłodniej, niż zamierzałam, ale świadomość, że Jr wie o mnie wszystko, była deprymująca.- Paczka.- Przypomniałam mu.
-Oczywiście.- Cofnął się do korytarza i podniósł pakunek wielkości niedużej walizki.- Miłego wieczoru i dziękuję za ciasto.- Uśmiechnął się do stojącej za mną babci i wyszedł, zamykając drzwi nieco za głośno.
-Skoro twój przyjaciel wie, że tu mieszkasz, dlaczego śle prezenty do Delphi?- Babcia z ciekawością przyglądała się "prezentowi".
-Zna twój adres, bo przejrzał wszystko, co miałam w starym laptopie. Ale nie wie, że u ciebie mieszkam, i nie zamierzam mu o tym mówić. Niech dalej wkurza się, że dostaje zwroty.- Nie umiałam ukryć lekkiej satysfakcji w głosie.
-Musiałaś być w nim mocno zakochana, skoro teraz tak go nie lubisz.- Babcia puściła do mnie oczko, śmiejąc się.
-Wcale nie byłam. Może troszkę, ale już mi przeszło.- Wzruszyłam ramionami.- Serio, nawet jak o nim myślę, to jakoś tak obojętnie. I nie tęsknię.- Postawiłam paczkę na krześle.- Ciekawa?
-Bardzo.
Rozdarłam nożem papier pakowy i opasujące go taśmy, odkrywając białe pudło z nadrukami Mars Store. Jakoś mnie nie zdziwił ich widok. Trochę bałam się zawartości kartonu, mogło w nim być coś, czego babcia nie powinna widzieć, ale ona sama chyba domyśliła się, dlaczego zwlekam z otwarciem pudła, bo wstała i podeszła do kuchenki.
-Masz ochotę na herbatę, Suze? Kupiłam dziś tego cytrynowego Earl Grey, którego tak lubisz.
-Chętnie się napiję. Zaraz pomogę ci z kolacją.- Zaoferowałam, zaglądając do paczki. Wyjęłam poskładaną w kostkę i zapakowaną w folię koszulkę z Triadą, patrząc na nią z namysłem. Nie miałam czegoś takiego, nie przypominałam też sobie, żeby Jared mi ją kupował. Może dorzucił ją od siebie, żebym nie zapomniała, z kim miałam do czynienia?
Po kolei wyciągałam na stół różne części garderoby, ale tylko pierwsza z nich była mi obca. Prócz koszulki-niespodzianki znalazłam tylko kilka rzeczy, które zostawiłam, w tym sukienkę, którą miałam na sobie podczas wizyty u Constance. Na myśl o mamie Leto obiecałam sobie, że spytam o nią Shannona przy najbliższej okazji.
-I jak?- Babcia zerkała na mnie z ciekawością.
-Tak jak myślałam, to rzeczy od niego. Prócz tej czarnej koszulki, nie miałam podobnej.- Jeszcze raz obejrzałam ją, potem ostrożnie i nieufnie rozerwałam folię z jednej strony. To, co poczułam, odebrałam jak cios w żołądek, w jednej sekundzie wyciskający z płuc całe powietrze. Niemal zakręciło mi się w głowie i dziękowałam Bogu, że babcia była odwrócona do mnie plecami i niczego nie widziała.- Zaniosę to do pokoju i zaraz przyjdę ci pomóc.- Zgarnęłam ubrania z powrotem do pudła i uciekłam do siebie, w ręce trzymając na wpół rozpakowany czarny podkoszulek. Nie był mój, ale też nie był nowy. Był używany i należał do Jareda a dostałam go zapewne dlatego, że spałam w nim w pierwszą spędzoną w Anglii noc. W dzień miał go na sobie Leto. Materiał nadal nim pachniał, przywołując wspomnienie tamtego wieczoru i kilku kolejnych.
-Ty sukinsynu.- Syknęłam, rzucając podkoszulek w najdalszy kąt pokoju.- Złośliwy, mściwy bucu!- Nabuntowana i wkurzona złapałam telefon i napisałam do Shannona SMS z pytaniem, czy ma czas i ochotę pogadać gdzieś tak za dwie godziny. W tej chwili byłam w stanie, w którym pewnie naskoczyłabym nawet na niego, choć pewnie pojęcia nie miał, co odwala jego braciszek.
Odpowiedź dostałam prawie od razu, aż się zdziwiłam.
"A co powiesz na Skype?"
Skype? Dziwny pomysł, ale czemu nie?
"Dawno nie korzystałam, pewnie już mi skasowali konto."
"To zrób nowe i daj namiary, zadzwonię za dwie godziny."
Odłożyłam telefon, sceptycznie a jednocześnie z ekscytacją myśląc o rozmowie z Shannonem przez tego typu komunikator. To nawet niegłupi pomysł, mogłabym widzieć wyraz jego twarzy, gdy będę pytać o to, co chcę wiedzieć, albo poproszę, żeby kazał bratu wypchać się tym, co jeszcze ma zamiar mi odesłać. Solennie obiecałam sobie nie odbierać już żadnej przesyłki, choćby wracała do mnie jak bumerang.
Zabrałam laptop do kuchni, krążąc między nim a przygotowywaną kolacją, w międzyczasie rozmawiając z babcią o minionym dniu. Chyba widziała, że jestem trochę rozkojarzona, ale nie pytała o nic. To właśnie w niej ceniłam: nawet jeśli była ciekawa, dawała mi czas na przemyślenie tego, co mnie nurtowało, nie zarzucając setkami pytań i nie wymagając, bym od razu wiedziała, co zrobić czy jak się do czegoś ustosunkować. Najczęściej po prostu czekała, aż sama zacznę mówić, i dopiero wtedy pytała.
Przy kolacji włączyłam instalację Skype, potem zrobiłam i aktywowałam konto. Do Shannona wysłałam krótką wiadomość ze swoją nazwą użytkownika: Suzelle22. Musiałam sprawdzić, o której umówiliśmy się na rozmowę, żeby wiedzieć, kiedy minie ustalony czas i kiedy mam czekać.
Szykując się do łóżka rozmyślałam, układając w głowie pytania o Jr i jego dziwne poczynania. Wciąż miałam w pamięci to, co mówiła babcia, o jego rzekomej chęci pogodzenia się. Niby mogło to być prawdopodobne, ale nijak nie pasowało mi do tego, że nie chciał ze mną rozmawiać. Stojąc pod prysznicem wpadłam na coś jeszcze: skoro Shannon znał mój numer to mógł go znać także Jared. A jeśli znał i widząc, że dzwonię, kazał odebrać Emmie i spławić mnie raz a dobrze? Może to był jego pomysł, żeby postraszyła mnie wyjawieniem mojej mamie, czym zajmowałam się u Leto. Może faktycznie chciał dać mi po nosie i wyżywał się, śląc mi ubrania. Jeśli tak...
To co mu zrobię? Jedyne, co przychodziło mi na myśl, to olanie prób dogadania się z nim i pójście do sądu po to, żeby musiał uznać dziecko. Założenie sprawy o alimenty. Odbiłoby się to głośnym echem w mediach, ale jeśli Jared pogrywa sobie ze mną po chamsku, odpłaciłabym mu się tym samym... Ryzykując, że świat dowie się przy okazji o moim ogłoszeniu w sieci. A także to, że Jr może odebrać mi dziecko jeśli sąd uzna, że matka-dziwka nie będzie dla niego dobrym przykładem. I tak źle, i tak niedobrze.
Może dać sobie w ogóle spokój ze wszystkim, nic mu nie mówić, zerwać kontakt z Shannonem, spakować się i wyjechać, jak zamierzałam zrobić na początku?
Dzwonek, dochodzący z pokoju, wyrwał mnie z transu.
-To już?- Wyskoczyłam spod prysznica, złapałam ręcznik i w drodze do pokoju wytarłam się szybko, po czym narzucilam na siebie koszulę nocną. Zakopałam się pod kołdrą i dopiero wtedy odebrałam połączenie. Miałam nadzieję, że wyglądam na tyle normalnie, by Shan niczego nie zauważył. Zanim pokazał się na monitorze poprawiłam włosy i usiadłam wyżej, opierając się o poduszki. Byłam gotowa.
-Pączuś! Jak miło wreszcie cię zobaczyć! I to na dodatek w łóżku, do tego wiedząc, że czekasz właśnie na mnie.- Usłyszałam, nim otworzyło się okno z Shannonem. Miał w głosie tyle radości i entuzjazmu, że musiałam się uśmiechnąć.
-Tu jest już późny wieczór.- Powiedziałam, usprawiedliwiając się.
-A tu dopiero minęło południe.- Shan obrócił swój komputer, pokazując mi rozświetlone słońcem okno.- Mam jakieś pół godziny, bo potem jedziemy dać koncert.- Jego twarz wróciła na monitor. Siedział chyba na sofie, widziałam jego głowę i gołe ramiona, wystające z szarego podkoszulka. Włosy urosły mu, odkąd widziałam go ostatni raz, i sięgały ramion. Wyglądał naprawdę fajnie, aż miło było patrzeć.
-Jak ty to wytrzymujesz? Trafiło by mnie po miesiącu jeżdżenia z miejsca w miejsce.
-Idzie się przyzwyczaić.- Podrapał się w brodę.- Co tam u ciebie, pączuszku? Wszystko gra?
-Tak. Wszystko w porządku.- Odchrząknęłam cicho.
-To widać. Świetnie wyglądasz. Serio.- Pochylił się do przodu.- Słuchaj, niedługo będziemy w kraju, gdzieś za 3 tygodnie. Mamy parę koncertów na miejscu. Może wyskoczymy gdzieś razem, pogadamy, napijemy się kawy?- Wrócił do poprzedniej pozycji.- Wiem, że wtedy, gdy jechałaś do domu, wyskoczyłem głupio z propozycją, chyba się nie złościsz?
-Dawno mi przeszło. Pewnie po prostu chciałeś być miły.- Nie miałam ochoty wracać wspomnieniami do dnia mojego niechlubnego wyjazdu z Polski, więc starałam się uciąć temat.- Nie wiem, czy będę mogła gdzieś pojechać, żeby pogadać. Jestem potrzebna babci.- Szukałam wykrętu, żeby nie spotkać się ze starszym Leto. Bałam się, że coś wtedy zauważy, zacznie podejrzewać, połapie się i poleci do brata z "dobrą nowiną". Wolałam załatwić to sama a sposób, w jaki zajmę się powiadamianiem Jr o dziecku w głównej mierze zależał od tego, czego dowiem się od Shannona teraz.- Shan, mam problem.- Zaczęłam. Wspomniał, że ma mało czasu, więc zwlekanie nie miało sensu.
-Z czym? Może pomogę?
-Z twoim bratem.- Spojrzałam na monitor.
-Znaczy co, tęsknisz?- Shan przechylił się w bok, szukając czegoś poza polem widzenia kamery.
-Nie. Chodzi o te paczki, które mi uparcie śle. Kazałam mamie odsyłać je do diabła, ale Jr jest równie uparty, co głupi, i kurier latał jak ze sraczką tam i z powrotem. A dziś był tutaj, u mojej babci, bo matka miała go dość i dała mu jej adres. Czy mógłbyś...
-Nie chcę się do tego wtrącać, pączuszku.- Głos Shannona brzmiał miękko i przepraszająco.- To mnie nie dotyczy, rozumiesz. Mogę mu powiedzieć, ale ostatnio, jak o tym mówiłem, kazał mi nie wciskać nosa w nie swoje sprawy. Powiedział to bardziej dobitnie: mam się nie wpierdalać.- Umięśnione ramiona uniosły się bezradnie i opadły.- W ogóle jest nabuzowany jak ogier bez klaczy. Może wpadniesz trochę go okiełznać?
-Ja?- Uniosłam brwi, udając zdziwienie.- Ma od tego niezastąpioną Emmę. Ja umywam ręce. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej wody, Shan.
Nie wiedziałam, co dokładnie Shannon ma na myśli, mówiąc, że Jr jest "nabuzowany". O tym, że Leto jest nerwowy, wiedziałam od początku, gdy go poznałam. Jego reakcje bywały przesadne i wydawał się czasami zbyt porywczy, choć równie szybko wracał do równowagi. W ogóle, o czym pomyślałam teraz, zachowywał się chwilami jak przewrażliwiona, kapryśna primadonna. Takich momentów nie było wiele, ale może teraz, będąc w trasie, zdarzały się częściej? Ciągłe podróże i zmiany otoczenia mogły zmęczyć, a Jr nie mógł tak sobie rzucić pracy w diabły i jechać do domu. Może byłam laikiem w sprawach biznesu, ale to akurat zdawało się proste do zrozumienia.
Osobną sprawą było to, że nie chciał, by brat wtrącał się w jego poczynania wobec mnie. Czy to dlatego, że Shannon utrzymywał ze mną kontakt a Jr na pewno o tym wiedział? Jared bał się, że trzymamy razem, czy był po prostu zły i uważał zachowanie brata za zdradę? Czy może zawiązały się dwa przeciwne obozy: w jednym ja i starszy Leto, w drugim, nastawionym wrogo i nieufnie, Jr i jego tufta Emma?
Shannon znikł mi na parę sekund z pola widzenia a gdy wrócił, miał na nosie okulary w czerwonej oprawie. Parsknęłam śmiechem.
-Wyglądasz jak profesor z wyższej uczelni.- Stwierdziłam z rozbawieniem.
-A ty jak studentka.- Uśmiechnął się zawadiacko, od razu wyglądając jeszcze lepiej.- Do tego gotowa do zaliczenia.- Zabrzmiało to bardzo dwuznacznie i chyba tak właśnie miało wyglądać.
-A co niby miałabym zaliczać?- Zdziwiłam się uprzejmie, udając, że nie zrozumiałam podtekstu.
-Bo ja wiem... Ustny francuski?- Słowom Shana towarzyszył śmiech.
-A ty pewnie byś mnie egzaminował?- Jego wesołość udzieliła mi się szybko, choć byłam też zawstydzona. Minęło sporo czasu, odkąd ostatni raz rozmawiałam z kimś w podobny sposób, luźno, nieco erotycznie, i z dreszczem w plecach.
Czy właśnie zdałam sobie sprawę, że brakowało mi mężczyzny? A dokładniej mówiąc tego, co mężczyzna robi z kobietą: seksu. A seks, jaki znałam, wiązał się w moim przypadku z jednym tylko człowiekiem, i nie był nim Shannon.
Coś zamrugało na laptopie i na monitorze pojawił się komunikat o słabej baterii.
-Proszę poczekać, profesorze, muszę włożyć końcówkę.- Z chichotem odstawiłam laptop na bok i schyliłam się poza łóżko, sięgając po kabel od ładowarki, wpięty "na zapas" do gniazdka. Słyszałam śmiech Shannona i sama byłam rozbawiona naszymi żartami. Czułam, że nie niosą w sobie zagrożenia, nie są wstępem do jakiegokolwiek rodzaju propozycji z jego strony, a to było więcej, niż miłe.
Usiadłam z powrotem, podłączyłam ładowanie i położyłam laptop na kolanach, tak jak przedtem.
-Gotowe.- Powiedziałam.
-Przynajmniej mi nie znikniesz.- Shan poprawił okulary i mrugnął kilka razy, patrząc w monitor ze śmiesznie niedomkniętymi ustami.
-Co?- Spytałam, zaciekawiona jego nagłą odmianą. Już nie wyglądał jak profesor, raczej jak ktoś, komu brakuje rozumu.
-Nic. Zamyśliłem się.- Znów się uśmiechnął, tym razem mając w oczach ten szczególny błysk, pojawiający się za każdym razem, gdy częstował mnie swoimi niezbyt przyjemnymi tekstami o tym, co mógłby ze mną zrobić. Nawet okulary nie mogły tego ukryć.
-Poznałeś może jakąś fajną dziewczynę? Jeździsz tyle, że pewnie udało ci się spotkać kogoś wyjątkowego.- Powiedziałam, chcąc odwrócić swoją uwagę od myśli o tym, że Shan wcale nie zmienił się aż tak, jak mi się wydawało. Może i nawiązaliśmy jakąś tam nić porozumienia, ale mimo tego wciąż był napalonym na bzykanko facetem. Moja wina, że pozwoliłam sobie o tym zapomnieć.
-W zasadzie to nie. Myślisz, pączuszku, że mam na to czas? Wpadamy gdzieś, odsypiamy podróż, jedziemy na wywiady i sesje zdjęciowe, potem próby, spotkania z fanami, znów próby, koncert, fani, jedziemy się przespać i znów w drogę. Czasem zdarzy się wolny dzień, to leżę i nic nie robię, albo zwiedzam.- Mówiąc uśmiechał się lekko.- Tobie może się wydawać, że laski tylko czekają, żeby mnie wyrwać, a tak naprawdę to wygląda inaczej. Niektóre nawet nie podejdą, bo się krępują. Przesrane, jak człowiek jest tak rozpoznawalny, połowa ludzi ucieka na sam widok. Myślisz że dlaczego większość z nas kręci z dupami z biznesu? Bo normalne z marszu myślą, że mamy je gdzieś.- Zabrzmiało to jak skarga, nie jak wyjaśnienie.- Czasem myślę, że najlepsza laska to niewidoma, żeby nie wiedziała, z kim rozmawia.- Ostatnie słowa powiedział gorzkim tonem zmęczonego życiem starca.
-Może jest tak dlatego, że...- Chciałam powiedzieć więcej, ale na ścianie za Shannonem pokazał się nagle cień kogoś innego, usłyszałam wypowiedziane z pewnej odległości słowa "zbieraj dupsko, jedziemy", potem obok starszego Leto pokazała się twarz młodszego. Spojrzał na ekran, podniósł wzrok do kamery, przez co miałam wrażenie, że patrzy wprost na mnie, potem zacisnął usta w wąską kreskę a w jego oczach pojawił się gniewny wyraz.
-Czego tu szukasz?- Głos miał cichy i spokojny, co zawsze świadczyło o tym, że jest ostro wkurzony.
-Nie twój interes.- Odwarknęłam, w sekundę spięta i uważna, choć czułam równocześnie żal do wszystkiego o to, że nie przywitał mnie w mniej wrogi sposób.
Widziałam, jak Shannon poderwał się i zaczął coś mówić, ale nie rozumiałam słów, zapatrzona w jawnie nieprzyjazną mi twarz Jareda, który obejrzał się na brata i najnormalniej w świecie kazał mu zamknąć pysk. Shannon wstał, znikając z ekranu, a Jr znów popatrzył na mnie, tym razem wyginając usta w wyrazie na pół rozbawionym, na pół pogardliwym.
-Nic nie osiągniesz, więc się odpieprz.- Syknął.
-Niczego nie chcę osiąg...
-Jasne, niczego nie chcesz i nigdy nic nie mówiłaś.- Zobaczyłam jeszcze jego rękę, sięgającą w górę, potem obraz znikł i połączenie zostało urwane.
-O co ci, kurde, chodzi?- Rzuciłam w powietrze, nie rozumiejąc dlaczego zareagował na mój widok tak nerwowo.- Czego się czepiasz? Po co wysyłasz mi te pierdolone paczki, a potem każesz się odpieprzać?- Pytałam, mając ochotę każde następne zdanie wykrzyczeć tak głośno, żeby usłyszał mnie mimo dzielącej nas odległości. Gdyby nie babcia, zapewne wrzeszczałabym na całe gardło.
Musiałam się uspokoić. Byłam w stanie, który na pewno nie przysłużył się dobrze mojemu dziecku, a teraz właśnie ono było moim priorytetem. Moim obowiązkiem i moją wolą było postępować tak, by zapewnić mu wszystko, co najlepsze. Nerwy na pewno nie należały do listy rzeczy, które było niezbędne do rozwoju płodu. Ale co zrobić w sytuacji, gdy jego ojciec wyskakiwał jak Filip z konopi i zarzucał mnie bezpodstawnymi pretensjami?
Chwyciłam telefon i wybrałam numer, nie dbając o to, kto odbierze. Jeśli usłyszę Emmę, rozłączę się. Jeśli odbierze Jr powiem mu, co myślę o podobnych jemu dupkach.
Kilka sygnałów poleciało w eter, kolejny urwał się w połowie.
-Leto.- Krótki komunikat, rzucony agresywnie, zagrzmiał mi w uchu.- Czy Emma nie powiedziała ci wyraźnie, że masz do mnie nie dzwonić?- Tym razem głos był jadowicie słodki.
Więc było tak, jak przypuszczałam. Kazał jej pozbyć się mnie za wszelką cenę, choćby i szantażem.
-Uwierz, że gdybym nie musiała, to trzymałabym się od ciebie na odległość połowy równika.- Odparłam równie miło.
-Nic ode mnie nie dostaniesz. Nie wydębisz ode mnie ani centa więcej.
Zdziwiłam się mimo wzburzenia. O czym on mówił?
-Niczego od ciebie nie chcę poza tym, żebyś przestał słać mi paczki. Żadnej nie odbiorę.- Zreflektowałam się szybko.- Poza pierwszą. Dzięki za dane z komputera.- Nasrożyłam się na myśl o następnej.- I dzisiejszą. Miło wiedzieć, że brzydzisz się mną do tego stopnia, żeby odesłać podkoszulek, w który sam mnie ubrałeś.
-Nie chcę niczego, co jest z tobą związane. Zrozumiałaś, czy mam powtórzyć wielkimi literami?- Niemal szczeknął, tak szybko mówił.- A teraz żegnam, więcej nie...
-Jestem w ciąży.- Przerwałam mu w pół słowa. Wyjawienie tego wyrwało mi się bez udziału świadomości. Czułam, że blednę, zrobiło mi się niedobrze, pokój zawirował jak wtedy, gdy nie dojadałam i byłam osłabiona z niedożywienia.- Powinieneś o tym wiedzieć, a co z tym zrobisz, to już twój problem.
Przez chwilę w słuchawce panowała cisza, potem usłyszałam cichy, spokojny, słodki do bólu głos Jr.
-A teraz grzecznie powiesz mi, że sobie żartujesz.- Kolejne naście sekund milczenia.- Czekam. Powiedz, że robisz sobie jaja. No już.
Mdliło mnie od wciskanego w każde słowo miodu, doprawionego goryczą. Żołądek podchodził mi do gardła, czy to po kolacji, czy to z nerwów.
-Przykro mi, Jay. To prawda.- Powiedziałam.
 Milczenie po drugiej stronie ciągnęlo się w nieskończoność.
-Ty debilko.- Usłyszałam wreszcie i przeszedł mnie lodowaty dreszcz.- Ty tępa, głupia...- Głos oddalił się, jakby Jr odsunął telefon ode twarzy. Mimo to słyszałam, jak wyklina, nie przebierając w słowach.
Dziwka, kurwa, suka... Bezmyślna, pozbawiona wyobraźni, co tylko przyszło mu na myśl. Słuchałam i nie wierzyłam, że był zdolny obrzucać mnie kolejnymi epitetami, dokąd nie umilkł, dysząc w słuchawkę.

Dwa tygodnie później kurier przyniósł mi bilet na lot do LA.

                                                            ******

Z małym opóźnieniem zamieszczam obiecany na piątek rozdział. Następny będzie pewnie za tydzień. 
Chcę już skończyć tę historię, więc nie oczekujcie więcej, niż 3 rozdziałów.
Pozdrawiam.

niedziela, 26 stycznia 2014

Nominacja do Liebster Blog Award.

Zostałam nominowana do
   
                                                               Liebster Blog Award

                                                   
która jest wyróżnieniem, nadawanym przez autora innego bloga. Serdecznie dziękuję :)
Więcej szczegółów w zakładce "Nominacje".

piątek, 24 stycznia 2014

Spieprzaj, dziwko.

-Wypij to, Suze.- Babcia podała mi kubek gorącego napoju o dziwnym zapachu.
-Co to?- Spytałam nieufnie, unosząc głowę z poduszki. Był ranek, leżałam jeszcze w łóżku, walcząc z cholernymi mdłościami, które od dobrych kilku dni próbowały mnie wykończyć.
-Imbir, stary chiński sposób na uciszenie żołądka. Nie ty pierwsza cierpisz przez dziecko. Pij.
-Nie lubię za bardzo imbiru.- Ze sceptyczną miną wzięłam kubek i pociągnęłam malutki łyczek, krzywiąc się. Nie dość, że napój parzył mnie w usta, to na dodatek był ostry jak pieprz.
-A lubisz źle się czuć? Nie jesz, bo masz mdłości, przez to słabniesz, a wtedy odczuwasz dolegliwości mocniej. Błędne koło. Wypij przynajmniej połowę i poleż, dokąd nie poczujesz się lepiej. Jesteś blada jak nieboszczyk.- Babcia pogłaskała mnie po policzku.- Akurat to, że ciężko przechodzisz początek ciąży, masz po naszej rodzinie. Potem będzie lepiej, tak od czwartego miesiąca.- Splotła dłonie na kolanach i zmarszczyła brwi.- Przede wszystkim nie pozwolę ci nigdzie jechać, Suze. Nie w takim stanie. Nawet o tym nie myśl. Potrzebujesz spokoju i odpoczynku, musisz odzyskać wagę, musisz dbać, żeby dziecko miało wszystko, czego potrzebuje.
-Ja go nie chcę, babciu.- Powiedziałam między łyczkami. Czułam w żołądku przyjemne ciepło, powoli rozlewające się na całe ciało. Ciekawe, ale mdłości się nie nasilały, ale też nie słabły.
-Wcale ci się nie dziwię, że nie chcesz dziecka. Pewnie dopiero co się o nim dowiedziałaś, więc jeszcze jesteś w szoku. Musisz odczekać, dać sobie czas na ochłonięcie, i dopiero wtedy pomyśleć, czy i jak rozwiązać swój problem.
-Obawiam się, że właśnie czasu nie mam za wiele. To już pięć tygodni.- Wyjaśniłam kładąc się z powrotem na poduszce. Wypiłam prawie wszystko i byłam ciekawa, czy faktycznie babcine lekarstwo pomoże mi pozbyć się ochoty na puszczenie pawia.- Z tego co wiem, rozwiązać problem można do trzeciego miesiąca, potem żaden lekarz...
-Słyszę, że dokładnie rozeznałaś się w temacie.- Babcia nie wyglądała ani na zachwyconą, ani oburzoną.- Doskonale cię rozumiem, wiadomość o ciąży w twojej sytuacji musi być szokująca. Powiedz mi, Suze, jak w tej chwili to wszystko widzisz?
Westchnęłam, patrząc w sufit. Musiałam zebrać myśli, żeby móc odpowiedzieć zgodnie z prawdą. Sporo o tym myślałam, więc nie musiałam długo się zastanawiać.
-Nie mogę go mieć.- Zaczęłam, ostrożnie dobierając słowa.- Wszystkie moje plany na przyszłość legną w gruzach, poza tym nie dam sobie rady, bo nie pójdę teraz do pracy, a kiedyś skończą mi się pieniądze. Mam trochę odłożone na koncie, w tajemnicy przed mamą.- Zerknęłam na babcię, rumieniąc się. Nie spytała na szczęście, ile odłożyłam.- Jeśli urodzę, nie będę mogła pokazać się w domu.
-I to cię martwi?
Wzruszyłam ramionami. W sumie teraz nie wiedziałam, czy rzeczywiście tak jest, ale zapewne zatęsknię za rodzicami, gdy tylko zapomnę, jak mnie przyjęli po powrocie. A przynajmniej żal, który czułam, będzie mniejszy.
-To chyba nie wszystko, Suze. Ani raz nie wspomniałaś o ojcu dziecka. Zamierzasz mu powiedzieć?
-Nie!- Poderwałam się na samą myśl.- Po co miałabym to robić? To moja sprawa. On...- Coś ścisnęło mnie w gardle, musiałam przełknąć ślinę, żeby mówić dalej.- On mnie wyrzucił.- Po raz pierwszy powiedziałam komuś, jak naprawdę wyglądało moje "zerwanie" z chłopakiem.- Miał... ma asystentkę, kiedyś prawie z sobą byli, ale doszła do wniosku, że związek i wspólna praca to głupota. Od początku mnie nie trawiła, dogryzała mi, jak nikt nie słyszał, wyśmiewała mnie, a potem nakłamała mu, że kazałam jej zmienić pracę i trzymać się od niego z daleka. Nagadała strasznych rzeczy i udawała załamaną, pocieszał ją przez całą noc. Powiedziałam, że zmyśla, wyparła się w żywe oczy. Zgadnij, komu uwierzył.- Na wspomnienie tamtej chwili łzy zakręciły mi się pod powiekami. Babcia sięgnęła na stolik i podała mi papierową serwetkę.- Powiedział, że zna ją kopę lat a mnie dopiero co poznał, a potem dał mi godzinę na opuszczenie hotelu. To nie było miłe pożegnanie, bo dzień wcześniej był... myślałam, że mnie... zachowywał się, jakby...- Nie wytrzymałam i rozpłakałam się, choć nie tak rozpaczliwie, jak poprzedniego wieczoru, kiedy to zasnęłam zmęczona wylewaniem łez.
-Więc rzucił cię, bo uwierzył dziewczynie, którą znał trochę dłużej? W takim razie nie dziwię się, że tak ciężko to przeżyłaś. Na twoim miejscu kopnęłabym go w tyłek, i to dosłownie, gdyby tylko się odwrócił.- Babcia kręciła głową z niedowierzaniem.- Wybacz, Suze, ale skoro ten twój chłopiec był taki naiwny, to lepiej dla ciebie, że rozstaliście się już na początku.
Znów wzruszyłam ramionami, ale w duchu musiałam przyznać babci rację: po wszystkim, już będąc w domu, zrozumiałam jeden niezaprzeczalny fakt: gdybym została z Jr dłużej i on nadal zachowywałby się tak, jak przez ostatnie dni, byłabym stracona. Nie umiałabym oprzeć się temu, przez co cierpiałam najbardziej. Wiedziałam, że mimo wszystko coś we mnie obudził, coś nieśmiałego i świeżego, co prawie natychmiast zostało brutalnie zniszczone, zmieniając się we własne przeciwieństwo.
Tak, lepiej dla mnie, że nie zdążyłam na dobre zakochać się w swoim kliencie, stając się przez to żałosną ofiarą swoich pragnień i wymysłów. Lepiej było go nienawidzić, jak teraz.
-Co z tego, skoro wpadłam?- Powiedziałam, nie chcąc roztrząsać własnych uczuć.
-To, co zrobisz, będzie zależało od ciebie, Suze. Musisz tylko pamiętać o jednym: cokolwiek postanowisz, na zawsze zmieni to twoje życie.
-Wcale nie. Jeśli usunę, po prostu będę miała mniej pieniędzy na start. Nikt nigdy się nie dowie, że w ogóle byłam kiedyś w ciąży, zacznę od nowa, z czystą kartą.- Gdy wypowiadałam myśli na głos, wydawały mi się prostym i bezpiecznym wyjściem z sytuacji, łatwym rozwiązaniem problemu.- Pewnie będzie mi trochę smutno na początku, ale potem mi przejdzie.
-Jeśli usuniesz, do końca życia będziesz zastanawiać się, czy dobrze zrobiłaś. Nie mówię tego z własnego doświadczenia, ale znam kilka przypadków, kiedy to kobiety pozbywały się ciąży z różnych powodów, nawet z braku pieniędzy na wychowanie jeszcze jednego potomka. A potem przez lata dręczyły się wyobrażeniami o tym, jakie to dziecko by było. Możesz mieć potem i tuzin dzieci, ale żadne nie będzie takie samo jak to, które teraz nosisz. Dziecka nie da się zastąpić innym. Jedna z moich przyjaciółek wyznała mi kiedyś, że płacze za każdym razem, gdy pomyśli, że nigdy nie mogła czesać mokrych po kąpieli włosów dziecka, które usunęła. Możesz uważać, że to śmieszny powód do płaczu, ale dla niej to osobista porażka, z którą nigdy się nie pogodzi.- Babcia podała mi następną serwetkę, choć już nie płakałam, zasłuchana w jej słowa.- Nie zawsze najprostsze rozwiązanie musi być tym najlepszym. Mówię ci to nie dlatego, że chcę odwieść cię od aborcji, tylko po to, żebyś wiedziała, na co musisz się przygotować później. Aborcja to coś, czego nie da się cofnąć, gdy poczujesz pierwsze wyrzuty sumienia. To nie to samo, co zrobić sobie kolczyk w pępku i dojść do wniosku, że wygląda głupio. Kolczyk można wyjąć, wyskrobanego dziecka nie włożą ci z powrotem do brzucha, choćbyś wyła z żalu. Aborcja to czyjaś śmierć, a śmierć zawsze jest nieodwołalna, Suze.- Babcia patrzyła mi w oczy z powagą, jaką rzadko u niej widziałam.
-Wiem, że jak coś, to tego nie cofnę.- Powiedziałam po dłuższej chwili. To, co usłyszałam, wywołało burzę w moich myślach i uczuciach, i tak jeszcze niespokojnych  po przejściach z ostatnich tygodni, a szczególnie dni.
-Wiedzieć to nie to samo, co rozumieć. Nie chcę, żebyś kiedyś żałowała, że postąpiłaś lekkomyślnie, powodowana gwałtowną rakcją na zaistniałą sytuację. Daj sobie kilka dni, przemyśl wszystko, zapytaj siebie, czy będziesz umiała przejść nad aborcją do porządku dziennego. Teraz tragedią dla ciebie jest to, że będziesz mieć dziecko, potem większą może być to, że go nie chciałaś.
-Mama namawiałaby mnie, żebym usunęła.- Burknęłam. Byłam pewna, że tak właśnie by się skończyło, nie inaczej.
-Wybacz szczerość, ale twoja matka jest głupia, czego dowody daje ostatnio coraz częściej. Dobrze, że wdałaś się w naszą rodzinę.- Twarz babci przybrała inny, pozbawiony przesadnej powagi wyraz.- No i jak się czujesz? Dalej chce ci się wymiotować?
-Nie.- Sama byłam zdziwiona brakiem mdłości. Czułam się za to głodna, co od razu wprawiło mnie w lepszy nastrój.
-Zrobię ci naleśniki a ty idź się wykąpać, zasnęłaś w ubraniu. Po śniadaniu mogę pomóc ci się rozpakować, jeśli będziesz chciała.- Babcia podeszła do okna i odsunęła zasłony, wpuszczając do środka ciepłe promienie słońca. Pokój od razu zrobił się jeszcze przytulniejszy, pełen pozytywnej atmosfery i energii, która udzielała się nawet mi.
-Naprawdę mam tu zostać?- Spytałam, ostrożnie wstając z łóżka. Zwykle towarzyszyły temu różnego rodzaju sensacje, tym razem ledwie zakręciło mi się w głowie. Żadnych mdłości, żadnego chwiania się na nogach, nic.
-Myślisz, że żartuję? Nigdzie nie jedziesz, Suze. Przyjrzyj się sobie, to raz, a dwa, że nie wyobrażam sobie zostawić cię samą z całym tym bajzlem.
-Dziękuję.- Podeszłam i objęłam ją, czując dławiące w gardle wzruszenie. Nawet ja nie wiedziałam, jak bardzo potrzebuję wsparcia i pomocnej dłoni kogoś, komu na mnie zależy.- Kocham cię, babciu.

Nie było mi trudno dostosować się do trybu życia babci. Choć każdy dzień wyglądał podobnie, szybko wpadłam w przyjazny, dający poczucie bezpieczeństwa rytm i zaczęłam brać udział we wszystkim, co się działo. Nie było tego wiele, ale nawet najzwyklejsza czynność dawała mi satysfakcję i pozwalała mi mieć świadomość, że jestem przydatna i potrzebna. Babcia wysługiwała się mną w drobiazgach, nie wymagających ode mnie fizycznego wysiłku, więc odżywałam, nabierałam ciała, odzyskiwałam chęć do życia.
I myślałam. Co dzień, niezmiennie, przez prawie dwa tygodnie zastanawiałam się nad swoją przyszłością. Brałam pod uwagę każdy możliwy wariant, począwszy od tego, w którym pozbywam się niechcianej ciąży i udaję, że nigdy jej nie było. Wydawało mi się to łatwe, wręcz banalne: dziecko Jareda nie było mi potrzebne do szczęścia, uważałam je za balast, kulę u nogi, przeszkodę w realizacji planów. Ale jakie ja mogłam mieć plany? Znalezienie pracy, nawiązanie nowych znajomości, związek z kimś, do kogo poczuję coś więcej, niż sympatię, i kto będzie odwzajemniał moje uczucia. Proste, pozbawione większych wymagań wizje. Nie myślałam już o karierze modelki, o próbach dostania się na świecznik. To nie było dla mnie. Chciałam po prostu czegoś zwykłego.
Mniej więcej po tygodniu gdzieś tam pojawiło się pytanie, czy dziecko naprawdę wszystko zniszczy, czy też wystarczy nieco zmodyfikować swoje oczekiwania, by cieszyć się ich realizacją w sposób nie mniejszy, niż bez małego Swifta. Pierwszy raz pomyślałam o możliwości urodzenia w chwili, gdy podczas spaceru po parku zobaczyłam młodą, mniej więcej w moim wieku dziewczynę, prowadzącą za rękę małego, podobnego do siebie chłopca. Wydawali się tacy szczęśliwi, jakby reszta świta dla nich nie istniała. Dziewczyna mówiła coś, na co malec reagował wybuchami śmiechu. 
Wtedy poczułam coś jeszcze, co zaskoczyło mnie i zaniepokoiło. Zazdrość. Niepewną jeszcze, ale wyraźną świadomość, że ja też tak chcę. Nowe, dotąd obce mi pragnienie trzymanie w dłoni malutkiej rączki dziecka, słuchanie jego śmiechu i tego, jak mówi do mnie "mamusiu". 
Zdałam sobie sprawę, że jeśli egoizm weźmie we mnie górę, będę cierpieć tak, jak kobiety, o których mówiła babcia. Bałam się tego, truchlałam z lęku, że sumienie będzie gryzło mnie przez lata, dokąd nie postradam zmysłów albo nie skończę jako kłębek nafaszerowanych ogłupiaczami nerwów. Albo alkoholiczka, topiąca smutki w kolejnych butelkach wódki, na których dnie majaczy widmowa twarz dziecka. Wstyd było mi przyznać się przed sobą, że prawdopodobnie chcę urodzić dlatego, bo boję się konsekwencji skrobanki. Bo piszczę ze strachu, że zjedzą mnie wyrzuty sumienia. 
Kilka dni później coś się zmieniło. Jeszcze nie byłam pewna, czy jednak nie ulegnę samolubnym podpowiedziom swojego „ja” i nie zaryzykuję. Łamałam się, raz byłam po jednej, raz po drugiej stronie barykady, na zmianę to wroga, to przychylna dziecku Jareda. Tym właśnie dla mnie było: potomkiem Jareda. Tak, jakby pochodziło wyłącznie z jego genów i zostało wszczepione do mojego brzucha bez mojej wiedzy i zgody. Nie wiem, dlaczego nie dopuszczałam do siebie myśli, że jest też moje. Głównie moje. Jr nie miał pojęcia o jego istnieniu i tylko ode mnie zależało, czy w ogóle kiedykolwiek się o nim dowie. Świadomość, że tak wiele nici dzierżę w rękach, kierując losem swoim i innych, trochę mnie zdziwiła, ale też dodała mi odwagi. Przestałam się bać. Skończyłam z zastanawianiem się co będzie, jeśli ktoś dowie się o dziecku. Nie trzęsłam się ze strachu, że mama będzie zawiedziona, obrazi się, powie, że wystawiam ją na pośmiewisko. Nie snułam czarnych scenariuszy o tym, co zrobi Leto, gdy się dowie. Po prostu nie miałam zamiaru mu mówić. Niech żyje sobie swoim świetlanym życiem, choćby i z Emmą, co mnie to obchodzi? Nagle stało mi się to obojętne. Fakt, czułam się przez niego zdradzona, ale… kiedyś to przestanie boleć, zapomnę. Nie o nim, ale o tym, jak mnie potraktował. Nie spotkam go więcej, będę starała się trzymać z dala od miejsc, w których mógłby się pojawić. Pozbędę się wszystkiego, co było z nim związane, sprzedam albo oddam komuś, wyrzucę… poza dzieckiem. Ono będzie tylko moje. Ta myśl sprawiała, że czułam się od Jareda lepsza, bardziej ważna, do tego przebiegła. Mam coś, o czym on nigdy się nie dowie. Będzie żył w nieświadomości, nie mając pojęcia, ile traci. Czy w ten sposób dostatecznie ukarzę go za to, że mnie od siebie odepchnął, znieważając przy tym wyznaniem, iż bawił się moją łatwowiernością? Miałam nadzieję, że tak. Trochę szkoda, że nie dowie się o mojej „zemście”, ale trudno, nie można mieć wszystkiego.
Z nowym spojrzeniem na świat było mi łatwiej stawiać czoła temu, co mnie czekało. Samotne macierzyństwo, do tego świadomość, że moje dziecko nie dowie się niczego o swoim ojcu. Tak będzie lepiej, przekonywałam siebie. Wiedziałam, że kiedyś będę musiała odpowiedzieć na pytanie, jakie mi zada, ale miałam nadzieję, że do tej pory wszystko samo się ułoży. Nie chciałam już teraz łamać sobie nad tym głowy, szukać rozwiązania, zmyślać bajek o tym, że jego ojciec nie żyje. A może wyznam prawdę, zatajając kilka szczegółów? Powiem, że nasz związek był krótki i rozstaliśmy się w gniewie, nim dowiedziałam się o ciąży. A potem on znikł mi z oczu i nie wiedziałam, gdzie go szukać, więc dałam sobie spokój. To tylko małe kłamstewko, nic więcej.
Oderwałam się od myśli i wróciłam do rzeczywistości. Mgła, która przysłoniła mi świat, znikła. Zobaczyłam siebie, swoje lustrzane odbicie, i po raz pierwszy od dawna spojrzałam w nie bez żalu, wyrzutów i odwracania się ze wstrętem. Wyglądałam tak samo, ale w moich oczach można było dostrzec coś nowego, świadectwo podjętych decyzji i dojrzałość. Patrzyłam inaczej, z nadzieją, że nie popełniam błędu, z wiarą, że podołam trudnościom, jakie postanowiłam pokonać. Najważniejsze, że pokonałam własną słabość.

Wyjęłam laptop z dna szafy, gdzie spoczywał od kilkunastu dni. Chciałam go sprzedać, zorientowałam się już, gdzie mogę pozbyć się podarunku od Leto, ale nim go zaniosę do lombardu, musiałam sprawdzić, czy Jr nie zostawił na dysku czegoś kompromitującego. Podejrzewałam, że byłby zdolny do złośliwości, skoro powiedział, że odeśle mi wszystko, co od niego dostałam. Zresztą dotrzymał słowa: już po moim wyjeździe do Lafayette do drzwi rodziców zapukał kurier z następną przesyłką. Szczęście, że miał dostarczyć mi ją do rąk własnych, inaczej mama na pewno otworzyłaby ją i znalazła… Nie mam pojęcia, co. Gdy do mnie zadzwoniła, pytając co ma zrobić i co powiedzieć kurierowi, który czekał cierpliwie za progiem, poprosiłam, by odesłano paczkę do nadawcy i to samo robiono z każdą kolejną. Nie potrzebowałam pamiątek po Leto, ponadto wkurzało mnie jego natrętne, nie wiedzieć czemu służące narzucanie się ze swoją osobą. Niech się ode mnie odczepi.
Położyłam komputer na łóżku i włączyłam go, wzdychając. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, choć moja wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach, podsuwając mi najróżniejsze możliwości. Zdjęcia Jr i Emmy. Jakieś nagranie, na którym oboje dziękują mi za to, że otworzyłam im oczy i są razem. Nagranie, na którym Jared zarzuca mnie pretensjami o „zranienie” Emmy i wygraża konsekwencjami na wypadek, gdybym zdradziła się przed kimś, że z nim byłam. Wpadło mi do głowy nawet to, że po załadowaniu programu zobaczę na pulpicie wielkie, tłuste litery, układające się w słowo „DZIWKA”.
Ku mojemu zdumieniu nie było na dysku nic z rzeczy, które podejrzewałam. Zamiast obraźliwych epitetów czy sprawiających ból nagrań znalazłam dane, skopiowane z mojego zmarłego, starutkiego laptopa. Wszystko, co do ostatniego pliku, w identycznej kolejności, w folderach z nazwami, jakie im nadałam. Przejrzałam je, szukając pułapki, czegokolwiek, co pozwoliłoby mi stwierdzić „A nie mówiłam?”, ale bezskutecznie. Jedynie w folderze ze zdjęciami znalazłam dwa, których wcześniej nie było. Oba pochodziły z telefonu Jr i przedstawiały nas, każde z osobna, na tle reklamującego koncert plakatu, przy którym pozowaliśmy dla zabawy przed pamiętną ucieczką do parku.
-Nie rozumiem…- Przyznałam na głos, po raz kolejny przeszukując kolejne foldery i podfoldery. Byłam skonsternowana, zaskoczona, i zaniepokojona. Nie umiałam nie czuć wdzięczności za zwrócenie mi tego, o czym myślałam, że przepadło. Nie umiałam też nie czuć zawstydzenia i lekkiej złości na myśl, że Jr na pewno zapoznał się dokładnie ze wszystkim. Widział moje zdjęcia, przejrzał notatki, poznał adresy i numery telefonów rodziny i znajomych. Co najgorsze, musiał także przeczytać to, co zapisywałam w jednym z plików Worda: moje myśli, marzenia, uwagi, osobiste opinie. Nie było ich wiele, żadne też nie dotyczyły jego, ale czułam się obnażona wiedząc, że ktoś grzebał w moich prywatnych zapiskach. Że zrobił to ON.
Nie rozumiałam, dlaczego zadał sobie trud odzyskania danych z zepsutego sprzętu. Nie było w tym nic złośliwego… chyba że za złośliwość mogłam brać podtekst, próbę dania mi do zrozumienia, że wie, że czytał, że zna moje tajemnice i że może je wykorzystać, jeśli przyjdzie mu taka ochota. Może chodziło też o to, że nawet z dala od niego nie mogę być pewna, czy nie zbiera o mnie wiadomości, nie śledzi moich poczynań, nie sprawdza, z kim się spotykam, o ile w ogóle to robię? A jeśli tak, to ile czasu minie nim dowie się, że jestem w ciąży? Zamierzałam to przed nim ukryć.
-Kurwa.- Wbrew sobie poczułam się niepewnie, miałam wrażenie, jakby ktoś stał za mną i wpatrywał mi się w plecy. Aż dostałam gęsiej skóry na karku i ramionach, tak silne miałam przeświadczenie, że jestem obserwowana.- Niech cię jasna cholera, Leto, zrobiłeś to specjalnie!- Czułam, że znalazłam rozwiązanie: chciał, żebym straciła pewność siebie, bawił się mną nadal, choć teraz w inny sposób.
Wkurzyłam się. Byłam wściekła, że nie potrafi dać mi spokoju i nęka mnie wysyłaniem paczek, których nie chcę. Po co to robił, żeby pokazać swoją wyższość nad głupią Ellie? Dać dziwce poznać, że gardzi nią do tego stopnia, by nie dać jej o tym zapomnieć? A może stwierdził, że Emma jest w łóżku do dupy, więc zasługuję na dopłatę, bo tak kurewsko go kręciłam? Pies z tym, nie dam sobą manipulować, nic z tych rzeczy. Jeśli nie ma innego wyjścia, powiem mu to osobiście, choć Bóg jeden wie, jak bardzo nie chciałam z Jaredem rozmawiać, a nawet słyszeć jego głosu.
Z ciężkim sercem sięgnęłam po telefon i napisałam do Shannona SMS z prośbą o podanie numeru do brata. Wiedziałam, że nawet jeśli Shan śpi, obudzi go sygnał przychodzącej wiadomości i zaraz oddzwoni. Chyba, że akurat gdzieś grają, albo że ma w łóżku jakąś panienkę. Sceptycznie nastawiona do pomysłu rozmówienia się z Jr poszłam do kuchni, w której babcia zajęta była zdejmowaniem z blachy ciastek w kształcie gwiazd, upieczonych na wieczorek literacki w bibliotece z sąsiedniej ulicy. Babcia była wielbicielką beletrystyki i lubiła podyskutować o niej z innymi zapaleńcami. Ja do nich nie należałam.
-Pomóc ci w czymś?- Spytałam, opierając się biodrem o brzeg zlewu.- Może posprzątam? Długo cię nie będzie?
-A ze dwie godzinki. Coś się stało, Suze? Wyglądasz na poruszoną.
-Nic takiego. Pamiętasz ten komputer, który mi wysłał?- W rozmowach z babcią praktycznie nie wypowiadałam imienia Jr. Najczęściej mówiłam o nim właśnie w sposób anonimowy, prawie bezosobowy.- Chciałam sprzedać go do lombardu, ale okazało się, że są na nim te rzeczy, które były w moim starym.
-To bardzo miłe ze strony twojego… z jego strony. Sądzę, że to coś w rodzaju gestu pojednawczego. Nie uważasz, że może chcieć wyciągnąć rękę na zgodę?- Babcia wyciągnęła ze zdarzenia wniosek, który mi nie przyszedł do głowy.
-Wątpię.- Prychnęłam nieprzekonana.- Pewnie gzi się ze swoją asystentką a mi przysłał komputer po to, żebym wiedziała, że wszystko w nim przeczytał i nieźle się z tego pośmiał.
-Myślisz, że zadałby sobie trud tylko z powodu zrobienia ci na złość? Co prawda go nie znam, ale nie chce mi się wierzyć, żeby był taki małostkowy.- Oczywiście babcia musiała zasiać następne wątpliwości i nadkruszyć mur pewności, jakim się otoczyłam. Dzięki niej jednak zyskiwałam nową perspektywę i mogłam spojrzeć na sprawę pod innym kątem, często odkrywając całkiem zaskakujący widok.- Powiedz mi, Suze, czy ten twój chłopiec był aż tak straszny, że widzisz go tylko jako czarny charakter? Byłam pewna, że dobrze się z nim czułaś. Ba, byłam pewna, że jesteś w nim zakochana, a teraz słyszę o nim same złe rzeczy.
-Nie byłam zakochana. Myślałam, że on jest, ale powiedział, że udawał. To chyba dosyć, żeby mieć go za dupka?- Podkradłam jedno z ciastek i odgryzłam kawałek, mrucząc z zadowolenia. Było pyszne, ani słodkie, ani słonawe, bardzo kruche i rozpływające się w ustach. Nigdy wcześniej takich nie jadłam.
-Nie wydaje ci się dziwne, że ktoś, kto udaje zakochanego, wysila się potem na odzyskanie a następnie przysłanie swojej, że tak powiem, ofierze czegoś, co jest dla niej ważne?- Babcia uśmiechnęła się szeroko.- Smaczne? A wiesz, że to ciasto robi się ze smalcu?
-Z czego?- Zrobiłam wielkie oczy i szybko wyplułam okruchy na dłoń. Mimo to nadal czułam w ustach smak ciastka, które wcale nie zrobiło się niesmaczne przez to, że wiedziałam o zwierzęcym pochodzeniu jednego z jego składników.- W sumie wcale nie jest złe.- Wzruszyłam ramionami, opłukałam dłoń pod kranem i wzięłam kolejne ciastko.- Może przejdę się też na ten wieczorek, poszukam w bibliotece czegoś do poduszki. Na telefonie źle się ogląda zdjęcia z…- Przerwał mi sygnał, zwiastujący SMS.- Przepraszam.
-Wychodzę za pół godziny, jeśli chcesz mi towarzyszyć.
-Dobrze.- Kiwnęłam, idąc z telefonem do swojego pokoju.
Wiadomość pochodziła od Shana. Podał mi numer, zastrzegając, że w razie czego mam go od kogoś innego. Dziwne: albo Jr zabronił mu podawać mi swój numer, albo Shannon nie chciał po prostu wtrącać się w nasze ewentualne spory czy być zmuszonym obrać jedną ze stron. Byłam ciekawa powodów zapobiegawczości Shana, ale teraz miałam na głowie ważniejszą sprawę.
Bałam się. Wiedziałam, że chcę, muszę ją załatwić, ale patrząc na numer Jr zaczynałam tracić rezon. Co, jeśli zacznie się ze mnie wyśmiewać? Co jeśli powie, żebym się od niego odczepiła, albo opieprzy mnie za to, że dzwonię? Co, jeśli po prostu rozłączy się, słysząc że to ja? Na samą myśl zrobiło mi się trochę niedobrze.
-Jednak nie będę szła, włączę sobie coś na laptopie.- Krzyknęłam w stronę pokoju babci. Wolałam zostać w domu i ewentualnie przeboleć porażkę, niż iść i robić dobrą minę do złej gry. Huśtawki nastroju były ostatnio nieodłączną częścią każdego mojego dnia.
-Dobrze, Suze. Obawiam się, że tylko byś się nudziła z bandą starych ramoli, kłócących się o to, która  z książek jest ciekawsza i więcej wnosi do codzienności.
Poczekałam aż babcia wyjdzie, w myślach układając mowę, którą miałam zamiar poczęstować Jareda. Nakręcałam się, chcąc odpędzić od siebie nękające mnie wątpliwości, podburzałam swoją złość na niego, wmawiałam sobie, że poznał moje sekrety i śmiał się z nich. Potem podbudowałam się myślami o dziecku, o tym, że rozmawiając z Jr będę miała świadomość, że wiem o czymś, o czym on się prawdopodobnie nie dowie. To mi pomogło, dodało mi sił i odwagi.
Wybrałam numer, ciesząc się, że nawet nie zadrżała mi ręka, i wstrzymałam powietrze, słuchając sygnału połączenia. Po szóstym rozległo się ciche stuknięcie i usłyszałam niewiele głośniejszy oddech, któremu towarzyszył dziwny, odległy hałas. Nie umiałam go zidentyfikować.
-Słucham.
Zamarłam. Głos nie należał do Jr. Z zaskoczenia omal nie upuściłam telefonu i prawie zapomniałam, że powinnam zacząć oddychać. Odebrała Emma.
-Słucham. Jeśli się nie odezwiesz zaraz się rozłączę.
-Tu…- Powiedziałam przez ściśnięte gardło i odchrząknęłam, pozbywając się zatykającej je dodatkowo guli.- Tu Eleanor. Chcę rozmawiać z Jaredem. – Zwinęłam wolną dłoń w pięść, wbijając sobie paznokcie w jej wrażliwe wnętrze. To mnie trochę otrzeźwiło.
-Eleanor?- Emma wymówiła moje imię powoli, mogłabym przysiąc, że się przy tym krzywiła.- Jared nie ma życzenia z tobą rozmawiać.
-Więc niech sam mi to powie.- Poczułam, że zalewa mnie złość.- Poza tym mam do niego sprawę i nie będę omawiała jej przez jego pożal się Boże asystentkę.- Warknęłam.
-Jared śpi, nie zamierzam budzić go dla twoich fanaberii.- Odparła z satysfakcją.
Zrobiło mi się nieswojo a przed oczami natychmiast zobaczyłam ich razem, jego śpiącego w najlepsze i ją, siedzącą obok i patrzącą na niego tak, jak ja patrzyłam, gdy byłam na jej miejscu. Poczułam palącą zazdrość i żal, połączony z wściekłością na kobietę, która odebrała mi… wszystko.
-Gówno mnie obchodzi, co zamierzasz a co nie. Jared przysyła mi prezenty, których nie chcę, i moim życzeniem jest, żeby teraz, zaraz, wyjaśnił mi, dlaczego to robi. Wpieprzyłaś między nas swój garbaty nos, z czego być może zaczął zdawać sobie sprawę, więc próbuje…
-Niczego nie próbuje, możesz być pewna. Pozbywa się śmieci.- Zaśmiała się pogardliwie.- Tobie się przydadzą, taka biedna dziewczyna na pewno ucieszy się ze wszystkiego, co może spieniężyć. Prawda?
-Chcę z nim porozmawiać, chyba nie boisz się, że powie coś, co ci się nie spodoba? A może jednak? Pietrasz się, że jak mnie usłyszy, to kopnie cię w twoją podstarzałą dupę?- Odgryzłam się natychmiast. Gotowało się we mnie, byłam zła, rozczarowana, zawiedziona i co tylko można zapragnąć. W dodatku chciało mi się płakać, bo to, że Emma odebrała rozmowę z telefonu Jareda było dla mnie jasnym świadectwem, że nie myliłam się i są z sobą.
Dlaczego to sprawiło mi taki ból, jakby ktoś wyrwał mi wnętrzności, nie kwapiąc się mnie wcześniej znieczulić?
-A co mógłby powiedzieć dziwce?- Usłyszałam ciche, pełne jadu słowa, i zesztywniałam.- Myślisz, że nie wiem, czym się parasz? Myślisz, że nie wiem, że ci zapłacił? Nie porozmawiasz z nim, bo sobie tego nie życzył i dlatego, że ja sobie tego nie życzę.
-Skąd…- Wyszeptałam. Czułam się tak, jakby obmyła mnie lodowata fala, zabierając z sobą wszystko, co dobre i pozytywne i pozostawiając pustkę.
-Ptaszki mi wyćwierkały.- Znów się zaśmiała.- Radzę ci więcej nie dzwonić pod ten numer, jeśli nie chcesz mieć kłopotów. Obawiam się, że w przeciwnym razie mogę być zmuszona do nakłonienia cię, byś zaprzestała nękać Jareda. Twoi rodzice wiedzą, że puszczasz się dla pieniędzy?
-Nie zrobisz tego.- Czułam, że krew odpływa mi z twarzy. Mdłości nasiliły się i kilka razy przełknęłam podchodzącą do gardła żółć.
-Co zrobią twoi bliscy, gdy zobaczą, jakie ogłoszenie zamieściłaś w sieci? Radzę ci się nad tym dobrze zastanowić.- Ostatnie słowa powiedziała szybko, zniżając głos.- A teraz żegnam, wracaj do swojego procederu i więcej do nas nie dzwoń.- W słuchawce rozległo się stuknięcie, tuż przed nim jednak usłyszałam czyjś dobiegający z pewnej odległości głos, wszystko to trwało jednak tak krótko, że pewnie tylko mi się wydawało.
Nie wiedziałam, co zrobić i co myśleć. Nie wiedziałam w ogóle nic poza tym, że Jr to straszna szuja, gorsza, niż myślałam. Jeśli Emma wiedziała, to tylko od niego. Czy zwierzył jej się z tego po tym, jak ją zerżnął, czy wcześniej? Mówił jej, jaka ze mnie szmata, w trakcie? Opowiadał, co mi robił? Śmiał się razem z nią, że nie umiałam niczego i musiał mi podpowiadać? Czy może żałował każdego wydanego na mnie centa i w swoistej zemście chciał mi dopiec jeszcze bardziej?
Boże, jak ja go nienawidziłam. Chciałam, żeby coś mu się stało, żeby żałował wszystkiego, co mi zrobił, ale przede wszystkim żeby żałował zdradzenia Emmie, że mnie kupił. Gdyby stanął teraz przede mną wydrapałabym mu oczy, zrobiłabym mu krzywdę, cokolwiek, żeby zobaczyć, jak cierpi. Chciałam, żeby jego ból był większy, niż mój, nie dający spać, jeść, oddychać. Życzyłam mu wszystkiego, co najgorsze.
Potem zwinęłam się w kłębek wokół płaskiego jeszcze jak deska brzucha i zamknęłam oczy, nie chcąc już o niczym myśleć. 

                                                                 ******

Niezbyt długo, ale chyba treściwie. Miałam w planach rozmowę z Jr, ale... coś wyskoczyło mi przed nią, coś do obmyślenia, więc z Dziadem Ellie porozmawia innym razem.
Kto chętny zabić Emmę? Zbieram ekipę ;)
Pozdrawiam i życzę miłego weekendu.
Yas.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Co się dzieje, Suze?

Siedziałam u szczytu stołu w kuchni, udając że nie interesuje mnie nic poza moją porcją obiadu. Sama go sobie przygotowałam: gotowane na parze warzywa i smażony na oliwie łosoś z ziołami. Zmuszałam się do jedzenia, prawie nie czując smaku ryby, choć wiedziałam, że była pyszna. Reszta rodziny jadła steki z tłuczonymi ziemniakami i sałatą. Rozmawiali przyciszonymi głosami o tym, co działo się w miasteczku, tata opowiadał o swojej pracy, Shelley mówiła, jak źle się czuje. Nie było po niej widać żadnych dolegliwości, wyglądała na zdrową i żwawą. Szczebiotała do siedzącego na osobnym krześle psa, jakby to on był jej dzieckiem a nie to, które miała niebawem urodzić. Jej zachowanie było obrzydliwe a brak reakcji moich rodziców dokładał swoje. Chciało mi się rzygać na widok pochylającej się nad zwierzakiem dziewczyny i liżącego ją po twarzy psa. Za każdym razem, gdy to robił, mój wzrok wędrował do jego miski, już opróżnionej z nieświeżych kawałków mięsa. Zostały tylko ślady krwi i strzępki przyschniętych do naczynia resztek.
-Mamo, czy to konieczne, żeby pies siedział przy stole?- Odezwałam się, gdy kolejny przełknięty kęs łososia zawahał się w drodze do mojego żołądka, i tak zbuntowanego od chwili, gdy zrobiłam sobie test ciążowy.
-Przeszkadza ci?- Shelley wzięła zwierzaka na kolana w obronnym geście, nie patrząc na to, że pupil natychmiast ściągnął z jej talerza kawałek steku.
-Ellie, przestań, to tylko…- Mama stanęła po jej stronie, ale jej nie słuchałam. Byłam skupiona na dziewczynie, która nie dość, że odebrała mi rodzinę, to traktowała mnie jak kogoś gorszego od siebie, choć to ona skończyła szkołę specjalną, nie ja.
-Tak, przeszkadza mi. Trudno znieść widok tego, jak pozwalasz mu oblizywać sobie twarz. Chyba wiesz, że psy liżą sobie tyłki? Wsadziłabyś psu język pod ogon?- Spytałam złośliwie. Nie umiałam nad sobą panować i wcale mi na tym nie zależało.- Pomyślałaś, że pies może mieć w pysku zarazki, które zaszkodzą dziecku, czy może jesteś tak tępa, że nawet nie wiesz, co to zarazek?
Shelley chwyciła psa mocniej i z płaczem na końcu nosa opuściła kuchnię.
-Ellie!- Mama z oburzeniem walnęła dłonią w stół, aż się zatrząsł.
-Żadne „Ellie”, mamo. Kiedyś panował tu porządek, a teraz pozwala się psu włazić na stół i trzyma jego śmierdzące żarcie przez pół dnia pod moimi drzwiami, choć tyle razy prosiłam, żeby przestawić miskę w inne miejsce.- Odparowałam.- Może następnym razem gdy zobaczę jej karmę i łażące po niej muchy, mam puścić na nią pawia? Wtedy dotrze do ciebie, jak reaguję na mięso?- Dodałam, mając tym samym usprawiedliwienie dla swoich mdłości.
-Cherie przyzwyczaiła się, że dostaje jedzenie w tamtym kącie.
-A ja przyzwyczaiłam się, że jestem we własnym domu traktowana z szacunkiem, tymczasem moje miejsce zajęła fabryka pcheł. Nie wystarczy wam, że muszę mieszkać w pokoju pod schodami?- Ze złością rzuciłam widelec na talerz, nie kończąc posiłku. Od razu poczułam ulgę.
-Ellie, mieliśmy ci o tym nie mówić, ale…- Tata przykrył moją dłoń swoją i spojrzał pytająco na mamę. Kiwnęła przyzwalająco.- Latem planuję rozbudowę domu, znaczy chcę dobudować ci pokój z osobnym wejściem. Jak będziesz pracować musisz mieć ciszę, żeby się wysypiać. Dziecko będzie płakać, trzeba mu będzie robić mleko po nocach.
-Słucham?- Zrobiłam wielkie oczy, zdumiona. Rodzice planowali zrobić mi niespodziankę, tylko nie wiedzieli, że wcale mi się ona nie spodoba.- Więc planujecie za mnie, że pójdę do pracy, tak? Macie już na oku jakiś etat?- Odchyliłam się w tył. Czułam, że jestem na granicy wytrzymałości a moje nerwy są napięte jak struny. Bałam się, że wybuchnę, zrobię coś złego komuś albo sobie, jeśli zaraz, teraz, coś się nie zmieni.
-Myśleliśmy, że na początek mogłabyś załapać się do pomocy w sklepie u taty. Jedna z kasjerek wychodzi za mąż i wyjeżdża, tata już rozmawiał z właścicielem i mogłabyś zacząć w następnym tygodniu.
-Musisz tylko przyjść na rozmowę i ustalić warunki, potem zrobić wymagane badania. Poradzisz sobie, praca nie jest trudna, trzeba tylko uśmiechać się do klientów i zawsze mieć dla nich dobre słowo. Ale na początek pewnie każą ci układać towar.
-Nie będę pracować w jakimś zakichanym sklepie.- Zerwałam się od stołu, patrząc na rodziców jak na obcych. Wkurzyło mnie, że za moimi plecami ustalili, co będę robić w życiu.
-Ellie, nie możesz siedzieć w domu, twoje oszczędności… Co zrobisz, jak się skończą? Nie będzie nas stać na utrzymywanie dorosłej córki. Niedługo w domu pojawi się dziecko, a dziecko kosztuje. Liczymy na to, że wesprzesz brata idąc do pracy i odciążając nas finansowo.- Mama uśmiechała się przepraszająco, z rumieńcem wstydu uciekając wzrokiem gdzieś na boki. Miałam nadzieję, że jej głupio, dostała ode mnie 3 tysiące zaraz po moim powrocie. Widocznie jednak to było za mało. Mam iść do gównianej pracy w osiedlowym supersamie, żeby pomóc im ładować pieniądze w dziecko Rolliego. Ciekawe, co mama powiedziałaby na wieść, że za niecałe 8 miesięcy pojawi się jeszcze jedno, moje. Ale o tym się nie dowie.
-Wiecie, co mnie zastanawia?- Spytałam spokojnie pełnym namysłu tonem, choć gotowałam się z wściekłości i byłam straszliwie zawiedziona. Wszystkim.- W którym momencie spisaliście mnie na straty. Dlaczego nie wspomnieliście, że Rollie będzie miał dziecko, nie spytaliście, czy możecie zająć mój pokój, w ogóle o niczym mi nie mówiliście. Nigdy nie powiedziałam, że już mnie nie zobaczycie, a wy zachowaliście się tak, jakbym umarła.- Oparłam się dłońmi o blat, nachylona nad nim, żeby lepiej mnie słyszano.- W dodatku wyobrażacie sobie, że jeszcze wam za wszystko podziękuję i pójdę grzecznie pracować po 10 godzin w zafajdanym sklepiku? No więc: nie. Nie skorzystam z propozycji, której nikt nie miał ochoty ze mną omówić, bo za mało się dla was liczę. Pewnie zasłużyłam na to w waszych oczach, bo mama musiała przeze mnie odkręcać to, co naopowiadała swoim psiapsiółkom. Może powinnam sprostować i wyjaśnić im, że nakłamałaś o moim rzekomym narzeczonym, który nie istniał?- Spojrzałam na mamę, czerwoną na twarzy, patrzącą na mnie z jawną wrogością. Mogłabym przysiąc, że gdybym była bliżej, dostałabym w twarz, ale stałam po drugiej stronie stołu, poza jej zasięgiem.- Ułatwię wam sprawę: wynoszę się stąd. I tym razem nie wrócę, więc to, co zostawię, możecie śmiało sprzedać albo wyrzucić.- Dla podkreślenia swoich słów uderzyłam płasko dłońmi w stół i wyszłam do siebie, powstrzymując się przed trzaśnięciem drzwiami. Gdybym to zrobiła, ścianka działowa mogłaby się rozlecieć.
-Jak ona śmie…- Usłyszałam prawie natychmiast oburzony głos mamy. Nie chciałam jej słyszeć, robiło mi się niedobrze od tego, co mówiła, co wszyscy mówili. Miałam wrażenie, że dostałam się przypadkiem do filmu, w którym obcy podmieniają ludzi na coś innego, infekują ich, odbierając dobre cechy.
Chcąc zagłuszyć dobiegającą z kuchni paplaninę złapałam telefon. Wyłączyłam go trzy dni temu, po tym, jak znalazłam w plecaku zapomnianą pigułkę. Potem o nim nie myślałam, mając w głowie tylko to, że jestem w ciąży i mam cholerny problem. Teraz włączyłam go i od razu puściłam na cały głos pierwszą lepszą piosenkę z play listy. Muzyka stłumiła nieprzyjemne dźwięki zza ścianki, przynosząc ulgę. Usiadłam na łóżku, rozglądając się energicznie po pokoiku. Powiedziałam, że się wynoszę, i chciałam to zrobić. Czułam, że jeszcze jeden dzień w tym domu i eksploduję nienawiścią, powiem albo zrobię coś, czego będę potem żałować, na przykład wygadam się co do ciąży, chcąc zrobić mamie na złość. Zasługiwała na to, Bóg mi świadkiem, ale nie chciałam szkodzić sobie. Co innego, gdy dowie się o moim stanie później, po czasie, gdy obie ochłoniemy. Lepiej to przyjmie, nie widząc mnie w domu, niż gdybym miała znowu narażać ją na wstyd.
-Wymyśliłaś, więc działaj, Ellie.- Powiedziałam do siebie.
Musiałam przejrzeć swoje dobra i zdecydować, co zabrać. Nie mogło być tego wiele, jeśli miałam bez przeszkód poruszać się po kraju. Na początek blisko, ale i tak zapewne nie obejdzie się bez taksówki. Wątpiłam, by udało mi się zmieścić w jednej walizce: samych pamiątek i skarbów z dzieciństwa miałam kilka pudeł. Nie mogłam ich zostawić, były całym moim życiem. Wspomnienia zawarte w przedmiotach, ot co.
Cichy głosik w mojej głowie zapytał, czy czasem nie powinnam dołączyć do nich czegoś związanego z Jaredem, przecież on też był częścią mojego życia, króciutkim fragmentem, ale znaczącym bardziej, niż wiele dłuższych epizodów. Ale ja już miałam po nim pamiątkę, i to jaką.
-Wyłącz ten jazgot!- Z kuchni dobiegł mnie wrzask mamy, zaraz po nim odezwało się jazgotanie psa.
-Ani myślę.- Rozdarłam się równie głośno.
-Bo tam wejdę, a wtedy…
-Spróbuj!- Zerwałam się z pozycji siedzącej i stanęłam na wprost drzwi, co zważywszy na wymiary pokoju wymagało ode mnie zrobienia raptem dwóch kroków. Nikt jednak nie wszedł, i dobrze, bo byłam w stanie skrajnego wkurwienia i mogłabym mamę po prostu wyrzucić z powrotem do kuchni. Czułam, jak adrenalina krąży mi w żyłach, dodając mięśniom energii, ale trwało to tylko chwilę. Po paru minutach zaczęłam się trząść i musiałam usiąść, bo nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Nawet nie wiedziałam, że jestem tak osłabiona z niedożywienia.
Jeśli ja czułam się źle, to co robiłam dziecku, które we mnie rosło? Czy wchłaniało w siebie wszystkie zdrowe pierwiastki, każdą odrobinę, którą w siebie wmuszałam, mi nie zostawiając nic? Wykorzystywało mnie jak jego ojciec, który zabawił się kosztem naiwnej, gówno wiedzącej o życiu dziewczyny, a potem kazał jej spieprzać z byle błahego powodu? Nie zdziwiłabym się, gdyby tak było. Z punktu widzenia definicji płód był dla kobiecego ciała pasożytem, niczym więcej.
Jak pozbyć się pasożyta, nie robiąc sobie krzywdy? Na tę myśl zaczęłam się śmiać, chichotałam, leżąc na plecach w poprzek łóżka i patrząc na upstrzony zaciekami sufit. Pierwszy raz zastanawiałam się nad tym, żeby usunąć przypadkową i niechcianą ciążę. Miałam na tyle pieniędzy, by to zrobić, do tego zdawałam sobie doskonale sprawę, jak bardzo ułatwiłoby mi to życie. Nie musiałabym się o nic martwić, miałabym swobodę ruchów, wybór, mogłabym w spokoju zaplanować najbliższe miesiące bez obawy o to, co zrobię po porodzie. Poza tym jakie perspektywy miała samotna matka dziecka, które nigdy nie dowie się, kim jest jego ojciec? To żaden powód do dumy, jeśli w metryce ma się wpisane ‘NN’ w miejscu, w którym inni mają imię i nazwisko swojego taty. Może kiedyś spotkałabym kogoś, kto dałby mu swoje, ale i tak niesmak by pozostał. Musiałabym wymyślić jakieś dobre wytłumaczenie, żeby zamknąć ciekawskim usta i nie narażać się na…
Boże, myślę jak moja matka.  Miesiąc w domu, kilka tygodni słuchania, ile wstydu przyniosłam, i sama zaczynam głowić się, jak go unikać w przyszłości. Naprawdę muszę stąd uciekać, dla własnego dobra, zanim zmienię się w typową tutejszą babę.
Przyciszyłam telefon, przy okazji zauważając powiadomienie o kilku SMS i próbach dodzwonienia się do mnie. Podejrzewałam, kto mógł się dobijać, i nie pomyliłam się. Shannon. Co prawda nie zostawił nagrania na poczcie, ale dopytywał się w SMS, dlaczego jestem niedostępna, co się u mnie dzieje, czy wszystko gra.
Nie za bardzo miałam ochotę z nim rozmawiać, nie wiedziałam też, co odpisać, więc po prostu nie zrobiłam nic. Zignorowałam wiadomości. Jeśli zadzwoni, to trudno, jeśli nie… Lepiej dla mnie. Nie był Jaredem, ale też nosił nazwisko Leto, dla mnie w tej chwili brzmieniem nie różniące się od stwierdzenia „zachować najwyższą ostrożność”. 
Leżałam przez jakieś pół godziny, dokąd nie poczułam się dobrze na tyle, by nie obawiać się, że zwymiotuję na podłogę albo zakręci mi się w głowie. Naprawdę, stanowczo za mało jadłam i musiałam być nieźle osłabiona. A może miałam już anemię? Powinnam pójść do lekarza, ale nie mogłam, bo zaraz chciałby zrobić mi badania, a te wykazałyby ciążę. Muszę jeść, choćbym miała robić to na siłę.
Przekręciłam się na bok, napotykając wzrokiem róg zakopanego pod kołdrą laptopa. Leżał w nogach łóżka od chwili, gdy go rozpakowałam, nie ruszany ani raz. Nawet nie przeniosłam go gdzie indziej, zostawiłam, jak to mawiała babcia, jak kot gówno. Zresztą nie tylko laptop walał się byle gdzie, moje ubrania także. Wisiały na krześle, leżały na stoliku i pod nim, na uchylonych drzwiach szafy, nawet na niej leżała rzucona przeze mnie para spodni. Miałam w pokoju niezły bałagan, jakim cudem wcześniej tego nie widziałam? Co się ze mną stało? Owszem, miałam w domu nieprzyjemną atmosferę, do tego w jakiś sposób nadal przeżywałam rozstanie z Jr, ale dlaczego pozwoliłam, żeby zrobił ze mnie ofiarę losu? Przecież mi na nim nie zależało. Wręcz go teraz nienawidziłam. Jego i Emmy. Niech się sobą udławią, albo zabzykają na śmierć. Bo na pewno to robią, już ona postarała się o to, żeby wepchnąć mu się do łóżka, a jeśli wlazła tam raz, to już nie wyjdzie. Zagra pokrzywdzoną a Leto zaraz pobiegnie ją pocieszać swoim…
Moje żałosne myśli przerwał dzwonek telefonu, wciskający się zamiast grającej cicho muzyki. Chwyciłam aparat, patrząc na wyświetlacz. Shannon. Boże, dlaczego? Po co włączałam telefon? Pewnie dostał od operatora automatyczne info, że mój numer jest już dostępny. Parszywe powiadomienia.
Musiałam odebrać.
-Słucham.- Odezwałam się najspokojniej jak umiałam, choć świadomość, że mój rozmówca jest bratem faceta, o którym dopiero co myślałam, nieco mnie rozbiła.
-Pączek, kurde, co ty odwalasz?- Przywitał mnie pełen pretensji ton.- Miałaś dać znać, że dojechałaś w całości, miesiąc telepałaś tyłek do Indiany? Pieszo szłaś?
-Wybacz, Shan, miałam w głowie coś innego, niż telefonowanie gdziekolwiek.- Zamknęłam oczy i od razu je otworzyłam, widząc pod powiekami twarz Shannona a obok niej jego brata. Takich, jakimi pamiętałam ich z parkingu przy hotelu. Tuż przed tym, jak Jr powiedział, że ma u mnie wykupiony karnet.
-Nie no, rozumiem.- Złagodniał natychmiast.- Bardzo ci było źle?- W jego pytaniu usłyszałam wyraźną troskę i zrobiło mi się smutno, jakbym zaraz miała się rozpłakać. Naprawdę nie powinnam była włączać telefonu, w ogóle nie powinnam była go kupować ani wysyłać Shanowi SMS.
-Możemy o tym nie mówić?- Próbowałam wybrnąć z niewygodnego tematu, nie chcąc od nowa wszystkiego przeżywać.
-Jasne, pączuszku. Jasne. Widzę, że jeszcze ci nie przeszło.- Westchnął i odchrząknął cicho. Przez kilka sekund oboje milczeliśmy, aż cisza stała się więcej niż niezręczna.
-Co tam u ciebie?- Spytałam o to, o co wypadało spytać, myślami będąc zupełnie gdzie indziej.
-A nic, gramy tu i tam. Ciągle w trasie, ale niedługo zjedziemy na trochę do kraju. Chyba nawet będziemy gdzieś w pobliżu ciebie, może wyskoczymy wtedy na kawę?
-Niczego nie obiecuję, sam widzisz, że nie umiem dotrzymać słowa.- Odparłam gorzkim tonem. Nie chciałam się z nim spotykać. Z nikim, kto zna Jareda, jest częścią jego ekipy, rodziny, nawet jego fanem.
-Może jednak? Sprawdzę kiedy mamy być najbliżej i dam ci znać. Nie daj się prosić, cholernie jestem ciekaw, jak sobie radzisz.
-Shan, problem w tym, że mnie już tu nie będzie. Wyjeżdżam. I to chyba jutro. Dziś jadę do Lafayette, stamtąd dalej.- Powiedziałam, nim pomyślałam, co mówię. W myślach obrzuciłam się paskudnym epitetem.
-Co ty pierdzielisz? Wracasz do LA? Super.- Słyszałam w jego głosie radość i mogłam bez trudu wyobrazić sobie jak się uśmiecha, od razu wyglądając młodziej i przystojniej. Tak samo jak Jared.
-Nie, wszędzie, tylko nie do LA. Nienawidzę LA, mam z niego same złe wspomnienia.- Zaprzeczyłam stanowczo.- Jeszcze nie wiem, gdzie się zatrzymam. Naprawdę nie wiem, mam tyle opcji do wyboru…- Tak, miałam ich sporo po warunkiem, że najpierw sprawdzę, gdzie można legalnie pozbyć się ciąży i mieć przy tym dobrą opiekę lekarską, a przy okazji nie spłukać się z pieniędzy. Kupowanie lewych „środków na wywołanie okresu” przez internet nie wchodziło w rachubę. Nie chciałam się otruć ani zabić.
-Znudziło ci się mieszkanie na wsi?- Słyszałam, jak Shan chichocze.
-To też. Mam po prostu pewne kłopoty w porozumieniu się z najbliższymi, mój brat się żeni, jego nieletnia dziewczyna jest w ciąży, a moja mama strasznie źle podchodzi do takich sytuacji. Dla niej to wstyd i hańba.- Wyjawienie przed kimś, że źle mi z rodziną, przyniosło pewną ulgę, ale od razu zapytałam siebie, czy dobrze robię, mówiąc o tym obcemu facetowi. Ile z tego usłyszy od niego Jared i co pomyśli? Zrobi mu się choć trochę żal, czy też dojdzie do wniosku, że jadę kontynuować karierę dziwki? Pewnie to drugie. Na pewno wywnioskuje, że łatwy zarobek u niego ukierunkował moją przyszłość w jeden przewidywalny sposób.- No dobra, powiem ci wszystko.- Dodałam z udawaną rezygnacją.- Gdy mnie nie było, przerobili mój pokój na kącik dla dziecka a mnie przeprowadzili pod schody, dlatego ciągle mam w domu zatargi. Mama w kółko biadoli nad wszystkim, moja przyszła bratowa hołubi swojego rozszczekanego psa, a pies je nadpsute mięso, które stoi pół dnia w misce przy moich drzwiach i śmierdzi. Mam dość.- Wyrzuciłam z siebie dosyć chaotycznie i nieskładnie, przy ostatnich słowach zdając sobie sprawę, jak bezsensownie to wszystko zabrzmiało, i zaczęłam się śmiać. Potem mój wzrok znów padł na wystający spod kołdry laptop i spoważniałam.- Shan, wiesz może coś na temat paczki, którą przysłał mi Jared?
-Paczki? Nie. Coś ci wysłał?- Shannon brzmiał, jakby był szczerze zaskoczony.
-Tak. Wyjeżdżając oddałam mu komputer i bransoletkę, ale dostałam je kilka dni temu z powrotem. Jeśli możesz, powiedz mu, że nie życzę sobie podobnych niespodzianek a tę oddam komuś, komu się bardziej przyda.- Ja, dla odmiany, brzmiałam chłodniej niż styczniowa zadymka. Mówiłam, jednocześnie wiedząc, że sprzedam oba prezenty, by móc oszczędzać pieniądze z konta. Domyślałam się, że zabieg ostro nadszarpnie moje oszczędności, więc każdy grosz był dla mnie na wagę złota.
-Możesz mu to sama powiedzieć, właśnie przyszedł, dać ci go?- Głos Shannona przycichł, jakby odsunął telefon od twarzy.- Jar, pączuszek ma ci coś do powiedzenia.- Usłyszałam jeszcze.
Serce zamarło mi w piersi, potem ruszyło galopem, czułam też, jak pocą mi się dłonie. Nie byłam przygotowana psychicznie na kontakt z Jr, jakikolwiek, i teraz widziałam, jak perspektywa usłyszenia go potrafi mną wstrząsnąć. Nie mam pojęcia, co działo się przez najbliższe kilka sekund, wiedziałam co prawda, że Leto rozmawiają z sobą, ale nie rozróżniałam słów. Wszystko było dla mnie niezrozumiałym bełkotem, w głowie miałam tylko jedną myśl: nie chcę go usłyszeć, nie chcę, żeby wypowiedział moje imię, nie chcę być zmuszona wymówić na głos jego własne.
Najwyraźniej ktoś lub coś miało nade mną litość.
-Dobra, pączek, przekazałam. Nie miał czasu rozmawiać.- Usłyszałam wyraźny głos Shannona i ledwie powstrzymałam się od płaczu z ulgi.- Powiedział, że odeśle ci każdą parę majtek, którą zostawiłaś. Nie powiedziałem mu, że trafią w eter, bo się wyprowadzasz.
-Dzięki, że mu nie wspomniałeś o moim wyjeździe. Nie chcę, żeby o tym wiedział.- Czułam prawdziwą wdzięczność za to, że Shan utrzymał moje plany w tajemnicy, choć wcześniej go o to nie prosiłam. Znów, jak rozdwojona, zastanawiałam się równocześnie nad powodami pośpiechu Jr. Czyżby leciał na „zwykłą” randkę z Emmą, czy może pędził ją przelecieć? Czy czekała gdzieś na niego w swoim śmiesznym pasie i pończochach, tryumfując nade mną? Nawet jeśli czuła się wygrana, to ja pierwsza byłam z nim w łóżku i ja pierwsza jestem w ciąży.
Swoją drogą, jaką miałaby minę, gdybym jednak zdecydowała się urodzić i powiedzieć Jaredowi, że będzie tatusiem? Jak bardzo bym jej w ten sposób dopiekła? Była ode mnie starsza o dobre 10 lat, w jej wieku rzadko myśli się o dzieciach, a Leto w tej kwestii wydawał się mieć określone stanowisko i wątpiłam, by dobrowolnie z niego ustąpił. Pewnie jej też każe brać pigułki, tylko ona raczej ściśle pilnuje godzin. Niezawodna asystentka i pieprzona przez szefa służbistka w jednym. Ideał kobiety.
-…  nerwowy, odpierdziela jakieś dziwne rzeczy.- Moich uszu dobiegła sama końcówka tego, co mówił Shannon, ale nie chciałam prosić, żeby powtarzał, bo wydałoby się, że go nie słucham.- Mnie się wydaje, że on za bardzo…- Głośny hałas przerwał jego wypowiedź.- Cholera, pączek, zadzwonię później, dobra?
-Dobrze. Pozdrów Tomo.- Rzuciłam na pożegnanie, ale w słuchawce już rozlegał się sygnał przerwanego połączenia.
Zwinęłam się na boku, patrząc z namysłem na róg laptopa. Pierwsza z rzeczy, jakie dostałam kurierem od Leto. Dlaczego mi go przysłał i dlaczego chciał zrobić to samo z rzeczami, których wtedy nie zabrałam? Większość z nich i tak nie była używana, mógł je komuś oddać, choćby obsłudze hotelu, pokojówce, komukolwiek. Nie musiał demonstracyjnie odsyłać ich do mnie, posługując się do tego adresem jakiejś nieznanej mi firmy. Zresztą i tak ich nie odbiorę, skoro mnie nie będzie. Pewnie wrócą do nadawcy.
Albo odbierze je moja mama a potem otworzy, żeby zobaczyć co jest w środku. Powiedziałam jej, że komputer kupiłam sama, więc pewnie wywnioskuje, że następne paczki również zawierają zamówione przeze mnie artykuły. A co, jeśli Jr wpadnie na pomysł, by dołączyć do jednej z przesyłek jakiś osobisty liścik i wspomni w nim o naszym układzie? Albo wrednie przyśle razem z rzeczami pieniądze, dodając na kartce, że za mało wzięłam za swoją dupę? Byłabym skończona, nie mogłabym pokazać się w domu nigdy więcej. Rodzice nie znieśliby myśli, że mają córkę-kurwę. Gdyby do tego, nie daj Boże, dowiedzieli się, że miałam skrobankę… Wtedy równie dobrze mogłabym się zabić, nie obeszłoby ich to ani trochę.
Dlaczego zawsze jest tak, że w chwili, gdy wydaje się, że znalazło się wyjście z kłopotliwej, posranej sytuacji, wyskakuje następna, nie mniej pokręcona? Co miałam zrobić z następnymi przesyłkami, zapowiedzianymi przez Jr? Wiedziałam, że nadejdą, bo jeśli on coś mówił, to tak było. Skoro zagroził, że dostanę wszystko, to było pewne, że co jakiś czas kurier zapuka do drzwi, niestety już nie moich.
Cholera.

Pod wieczór byłam gotowa do wyjazdu. Nie chciałam czekać ani dnia dłużej, tym bardziej, że babcia zgodziła się mnie przenocować. Nawet rozmawiając z nią przez telefon słyszałam, że jest zaniepokojona, spodziewałam się więc, że będzie mnie wypytywać o powód nagłej decyzji o wyjeździe. Nie mogłam powiedzieć prawdy, ale nie chciałam też zrzucać winy na rodziców i wielce niedomową atmosferę, jaka tu panowała. Musiałam coś wymyślić… i znów pakować się w kolejną historyjkę. Ile ich już zmyśliłam od momentu, gdy wyjechałam rok temu do LA? Wtedy tylko babcia wiedziała, że klepię biedę, teraz nawet ona nie dowie się o prawdziwym powodzie mojej ucieczki. Czy uwierzy jeśli powiem, że małomiasteczkowe życie mnie nuży i wolę mieszkać tam, gdzie coś się dzieje? Nie będzie podejrzliwa, jeśli swój marny wygląd przypiszę depresji po zerwaniu z chłopakiem? Wiedziała, że zawsze byłam dosyć wrażliwa, więc powinna zadowolić się takimi wyjaśnieniami. Tyle, że na samą myśl o okłamaniu jej robiło mi się okropnie niewygodnie samej z sobą. Co innego sprzedać bajkę mamie, która i tak nie zrozumiałaby prawdy, co innego rzucić byle jaki argument bratu, zajętemu sobą a teraz też zakładaniem rodziny, a co innego oszukać osobę, której zawsze zwierzałam się ze swoich sekretów, a ona nie robiła z tego afery i nie sprzedała mnie rodzicom.
Dodatkowym impulsem, pchającym nie w dołek, była świadomość, że tym razem wyjeżdżając z Delphi robię to w sposób ostateczny. Czułam się źle już w momencie, gdy zatrzasnęłam za sobą drzwi taksówki i pożegnałam ostatnim spojrzeniem dom, w którym spędziłam swoje dzieciństwo i młodość. To było przygnębiające bardziej niż wszystko i nie byłam przygotowana na emocje, jakie się z tym wiązały. Nie chciałam tego, ale przepłakałam ponad połowę drogi do Lafayette, choć kierowca wcale się nie spieszył. Na szczęście o nic nie pytał, zerkał jedynie z niepokojem we wsteczne lusterko i odkasływał, jakby nie miał śmiałości zrobić nic więcej.
Pół godziny drogi wydawało mi się stanowczo za krótkie, żeby się uspokoić, dlatego przed drzwiami mieszkania babci stanęłam rozdygotana i ze smugami na policzkach. Makijaż, który miał zakryć moją bladość i cienie pod oczami, spłynął wraz ze łzami, odsłaniając spustoszenie, jakiego dokonała głodówka. Obarczona plecaczkiem, dwoma torbami i trzema walizkami, które taksówkarz uprzejmie wniósł za mną do kamienicy, stałam jak skazaniec, słysząc zbliżające się za drzwiami kroki. Byłam coraz bardziej rozdygotana i przestraszona: czułam, że cokolwiek babcia powie albo zrobi, ja natychmiast rozkleję się od nowa i wygadam jak na spowiedzi. Potrzebowałam tego, wręcz pragnęłam wyrzucić z siebie całe nieszczęście, jakie mnie spotkało i cały ból, gromadzący się w ciele. Nie mogłam jednak pozwolić sobie na luksus zdradzenia sekretu, który mógł oddalić ode mnie jedyną przychylną mi osobę. Musiałam wziąć się w garść i to natychmiast. Kilka głębokich oddechów, szybkie roztarcie resztek makijażu i…
-Matko Boska, Suze, co się stało? Wyglądasz jak bohaterka greckiej tragedii.- Babcia prawie dosłownie załamała ręce, stając w otwartych drzwiach.- Co oni co zrobili? Matka wyrzuciła cię z domu?- Mówiąc, wciągała do wnętrza mieszkania moje bagaże. Zajmowała trzypokojowe lokum na pierwszym piętrze kamienicy w jednej ze spokojniejszych dzielnic miasta, mając za sąsiadów ludzi równie ceniących sobie ciszę przedmieść, jak ona. Renta, jaką otrzymywała od śmierci dziadka, wystarczała jej na utrzymanie mieszkania i bezpieczne życie, a drobne dochody z wypieku ciast wspomagały budżet, najczęściej lądując jako oszczędności na koncie.
-Nie, sama doszłam do wniosku, że nic tam po mnie. Chyba za długo przebywałam w LA i nie umiem już usiedzieć w miejscu.- Wyjaśniłam, siląc się na uśmiech.- Zrobiło mi się smutno, że wyjeżdżam, dlatego płakałam.
-Suze, płakałaś czy nie, wyglądasz strasznie. Ile ty teraz ważysz? Jesteś tak chuda, że kości wychodzą ci przez skórę. Jesteś pewna, że czegoś nie złapałaś?- Babcia zamknęła za mną drzwi i oparła się o nie, oglądając mnie z największą uwagą.
Odkąd pamiętam, jako jedyna w rodzinie zwracała się do mnie zdrobnieniem mojego drugiego imienia. Pierwszego, Eleanor, nie znosiła. Dostałam je po zmarłej w dzieciństwie siostrze mojej mamy, co oburzyło babcię, jak dowiedziałam się kilka lat temu. Uważała, że nadanie mi imienia zmarłej to kuszenie losu. Ale, jak widać, miałam się dotąd w miarę dobrze.
-Nie mam HIV ani niczego takiego. Jestem zdrowa. Po prostu mało ostatnio jadłam przez stres i w ogóle.- Odparłam wymijająco. Co miałam powiedzieć, że złapałam paskudnego wirusa Leto, który na początku wykańcza organizm, potem rośnie, rozpychając brzuch, a na koniec wyłazi z człowieka i domaga się, by pielęgnować go aż osiągnie wiek prokreacyjny?
-Rozgość się, twój pokój czeka. Zrobię herbaty i pogadamy przy ciasteczkach.- Babcia objęła mnie i puściła, po czym zniknęła w kuchni.
Widziałam, że tak łatwo mi nie popuści. Nie będzie wypytywać jak mama, która potrafiła zamęczyć człowieka setkami „dlaczego, jak, kiedy, kto…”, ale i tak dopinała swego. Wystarczyło, że patrzyła, a już miało się ochotę wyspowiadać przed nią i wyłożyć swoje żale. Przynajmniej ja zawsze tak się przy niej czułam. Koniecznie muszę mieć się na baczności.
Zaciągnęłam walizki i torby do pokoju, który przy każdej dłuższej wizycie u babci był tylko do mojej dyspozycji. Dosyć obszerny, z meblami, które pamiętałam jeszcze z dzieciństwa, jasnymi i funkcjonalnymi, z dywanem w czarno-kremową kratę, muślinowymi firankami i łóżkiem, w którym nigdy nie mogło mi się przyśnić nic złego. Zauważyłam, że czeka już na mnie świeża pościel, pachnąca używanym przez babcię proszkiem i płynem do zmiękczania, od lat tym samym. Omal się nie rozpłakałam, czując nagły, straszliwy żal do rodziców o to, że nie umieli przyjąć mnie równie rodzinnie, że nie postarali się choćby w połowie tak, jak babcia. Myślałam, że mnie kochają, i może kiedyś tak było, ale rok rozłąki i odległość zerwały nić, która nas łączyła. Nic jednak nie mogło naruszyć tego, co czułam do babci i co babcia czuła do mnie. Wiedziałam o tym, gdy tylko zobaczyłam w jej oczach ból, jakiego przysparzał jej mój mizerny wygląd. Wiedziałam, że martwi się o mnie, a nie o opinię, jaką mogą wyrobić sobie jej znajomi.
Przebrałam się szybko w coś, w czym nie było tak bardzo widać, jaka jestem chuda, przez chwilę zastanawiałam się nad poprawieniem makijażu, potem zrezygnowałam i zmyłam ten, który nałożyłam w domu. Babci nie da się nabrać na cienie do powiek i puder, przejrzy je w mig. Już je przejrzała, gdy tylko zobaczyła mnie przed swoimi drzwiami.
Nim wyszłam z pokoju babcia pojawiła się w nim z tacą, na której piętrzyła się góra domowej roboty ciastek, dzbanek z herbatą i mniejszy z mlekiem, słoik miodu dla niej i brązowy cukier dla mnie.
-Możemy napić się tutaj, domyślam się, że chcesz pooddychać tymi kątami.- Wskazała głową ściany.
-Tęskniłam za nimi. Tu zawsze było tak… domowo. Szkoda, że…- Urwałam, wzruszając ramionami.- Wiesz, jak to teraz u nas było. Hałas, szczekanie psa, narzekanie mamy i Shelley.
-Wiem , Suze. Odkąd ta dziewucha się tam wprowadziła, byłam u twoich rodziców dwa razy: za pierwszym zawiozłam kilka placków na powitanie gościa, za drugim odebrałam blaszki, nawet nie wchodząc do środka.- Babcia postawiła tacę na stole przy oknie i usiadła obok mnie na łóżku.- Jej pies omal nie podarł mi spodni od dresu.- Poklepała mnie po udzie.- Na Boga, jak ty schudłaś. Zjedz teraz kilka ciastek, później zamówimy sobie pizzę albo wegetariańskie sałatki i urządzimy ucztę. Napijesz się wina? Dostałam butelkę wyśmienitego, domowej roboty.- Sięgnęła po talerz z ciastkami i podsunęła mi pod twarz.- Jesteś pewna, że nie chcesz zostać u mnie na kilka dni? Nie było cię tyle czasu, dziecko, wpadasz na chwilę i od razu chcesz uciekać, a widzę, że coś cię gryzie. To ten chłopak, tak? Nie możesz o nim zapomnieć?- Mówiła, zasypując mnie słowami, ale nie było w nich ani trochę natarczywości ani wścibstwa, tylko szczera radość z moich odwiedzin i troska, której na próżno szukałam u mamy. Rozbrajało mnie to i czułam się coraz bardziej marna i nic niewarta. Dodatkowo zapach ciastek, słodki i kuszący kiedyś, teraz drażnił mój nos, wciskał się do niego, wędrował w dół, aż po minucie czy dwóch zaczęłam mieć mdłości. Z trudem przełknęłam ślinę i sięgnęłam po jedno, zmuszając się do zjedzenia połowy. Rosło mi w ustach, nie chcąc dać się połknąć.
-Przepraszam.- Zerwałam się i pobiegłam do łazienki, w ostatniej chwili zdążając nachylić się nad umywalką. Ciastko, wraz z resztkami obiadu, wylądowało w niej przy wtórze mojego kaszlu.
Przeczekałam najgorsze, potem spłukałam wymiociny i umyłam zęby, w myślach szukając wyjaśnienia, jakim mogłabym usprawiedliwić torsje. Anoreksja? Dosyć prawdopodobne. Depresja, jadłowstręt, problemy w kontaktach z rodziną, takie chyba były jedne z jej objawów, o ile pamiętałam ze szkoły. Jeśli tak, miałam je wszystkie.
Spokojniejsza, z ułożoną mową, wyszłam z łazienki, z miejsca napotykając badawczy wzrok babci. Omiotła mnie spojrzeniem, otaksowała moją figurę, ukrytą pod luźną koszulką i workowatymi spodniami, potem uniosła odrobinę brwi. W tej chwili przypominała mi Constance, choć mama Jr miała dłuższe i ciemniejsze włosy, do tego prezentowała inny typ urody, Coś jednak było w nich podobnego, w oczach, spojrzeniu, w cieple, z jakim patrzyły na świat.
-Co się dzieje, Suze?- Babcia wyciągnęła do mnie ręce, jak zawsze gdy miałam kłopoty albo smutki i pozwalała mi się wypłakać. Teraz też miałam na to straszliwą ochotę: skulić się, zwinąć w kłębek, zmienić się w jeden wielki wodospad łez i oczyścić duszę ze wszystkiego, co sprawiało jej ból.  W tej chwili było to wszystko, począwszy od nieudanego startu w dorosłe życie w LA po dzień dzisiejszy. Najbardziej jednak cierpiałam z powodu tego, co zrobił mi Leto.
Nie tyle usiadłam ile opadłam bezwładnie na posłanie i wtuliłam się w ciepłe ramiona, pozwalając nerwom puścić i zalewając się łzami.
-Jestem w ciąży, babciu. – Wydusiłam z siebie po chwili, pociągając nosem.- I nie wiem, co mam robić. Chyba się zabiję.-Dodałam, do końca poddając się rozpaczy. W tej samej chwili tama, za którą trzymałam targające mną uczucia, runęła do reszty, zmieniając mnie w bezbronną, pozbawioną woli walki dziewczynkę.

                                                                *****
Po perypetiach z wyłączonym od piątkowego wieczoru internetem wreszcie mogę zamieścić następny kawałek przygód (czyżby?) Ellie. Miałam dodać też jej rozmowę z babcią, ale to będzie w następnym rozdziale. 
Pozdrawiam, czekam na opinie i zyebki, jeśli mi się należą za "za mało Shannona" ;)
Yas.