środa, 20 czerwca 2018

Ellie S-L.

"Dziś 31 grudnia, ostatni dzień roku, ostatnia szansa na rozliczenie się z sobą, bo jutro obudzimy się w nowym, lepszym świecie".
- Taaa, jasne.- Mruknęłam pod nosem, ani trochę nie wierząc w to, co pieprzy nawiedzony ewangelista w TV. Słuchałam go piąte przez dziesiąte, ściecierając kurze i komentując niektóre teksty.- Rozliczyć to się mogę z fiskusem. Z sobą nie mam z czego.- Stwierdziłam.
"Dziś jest ostatni dzień by zatrzymać się, zadumać, obejrzeć za siebie i przyjrzeć temu, co zrobiliśmy ze swoim życiem w ciągu całego roku. I zawołać do Pana: oto ja, oto czego dokonałem, oto, co zrobiłem dla innych".
- Aha.- Zamarłam w pół kroku i spojrzałam przez ramię, potem dokładnie obejrzałam trzymaną w ręce ściereczkę i na koniec podniosłam głowę.- Hello, ty tam, na górze.- Spojrzałam na sufit.- Jestem Ellie, przed chwilą poskładałam pranie a teraz starłam kurze. Oto, co zrobiłam dla innych.
Nie czułam wyrzutów o to, że prawdopodobnie bluźnię, z mojej strony to był tylko żarcik, i jeśli tam gdzieś naprawdę ktoś jest, raczej nie powinien się na mnie wkurzyć o taką drobnostkę. Może nawet trochę go rozbawię i przestanie się nade mną znęcać, jak robił to od ponad roku? Chyba wystarczy że klepałam biedę, sprzedałam tyłek, a potem zostałam emocjonalnie sponiewierana przez Leto. Więcej atrakcji mi nie trzeba, teraz chciałam tylko zwykłego szczęścia.
Wyłączyłam TV i odetchnęłam, zadowolona z siebie. Od rana porobiłam trochę w domu, ciesząc się tym, że mam jakieś normalne, ludzkie zajęcia, choćby były najbardziej przyziemne. Może jazda na szmacie nie była czymś, czym można chwalić się znajomym, ale pies z tym. To był mój dom, miejsce, o które chciałam i zamierzałam dbać, wyręczając się firmą sprzątaczy tylko w cięższych pracach, takich jak mycie okien, których było za dużo, żeby chciało mi się samej z nimi męczyć.
Być może wyłaziła ze mnie małomiasteczkowość, ale nie zamierzałam siedzieć i patrzeć jak meble porastają kurzem tylko dlatego, że Jr miał kasę na wynajęcie sprzątaczek. Przynajmniej teraz, póki nie miałam innych zajęć. Później, zaabsorbowana Jamiem i przyzwyczajona do tego, że stać mnie na błogie lenistwo, pewnie zacznę zrzucać więcej spraw na innych, ale jeszcze nie teraz.
Od rozmyślań nad przyszłością i perspektywą bycia leniwym snobem oderwał mnie sygnał nadchodzącego SMS. Wiadomość od Jareda.
Zrobiłam głupią minę, rozbawiona tym, że pisze do mnie, choć mógłby zwyczajnie się odezwać, schodząc choćby do połowy schodów. Usłyszałabym go przecież.
"Tęsknię."
- Co?- Roześmiałam się, mile zaskoczona krótkim ale wymownym komunikatem.
"Straszne. Jestem tak daleko, całe piętro niżej... Ale wytrzymasz, wierzę w Ciebie, Leto." Odpisałam, chichocząc.
"Przyjdziesz do mnie?"
"Myślisz, że poradzę sobie ze schodami?"
Wymiana SMS bawiła mnie, tym bardziej, że nigdy wcześniej nie pisaliśmy do siebie będąc razem w domu.
W ogóle prawie nie pisaliśmy, nawet wcześniej, co właśnie sobie uświadomiłam. Albo rozmawialiśmy bezpośrednio, albo, rzadziej, przez telefon, ale prawie wcale nie słaliśmy sobie wiadomości. Dziwne.
"Myślę, że tak. Czekam. ILY"
- Hę?- Nie wiedziałam, co to te ILY, domyślałam się, że to jakiś używany w pisemnych kontaktach skrót, ale nie byłam za bardzo obeznana z tego typu rzeczami. Mimo młodego wieku nie udzielałam się ani w sieci, ani na portalach społecznościowych, widząc w nich sporo bezsensownego bełkotu i zwyczajnych plotek. Wolałam rozmowę twarzą w twarz.
"Idę. Nasłuchuj odgłosów wspinaczki." Ruszyłam na górę.
"Ja lubię się wspinać... szczególnie na Ciebie."
Cały Leto.
"Wspinać, czy zapinać, drogi J?" Szłam, robiąc co chwila przystanek żeby odczytać kolejną wiadomość lub na nią odpisać. Dziecinne to, ale zabawne i w jakiś sposób zbliżało nas do siebie.
"Wspinać, żeby zapinać."
"Przez to określenie boję się, że gdy poproszę o pomoc w zasunięciu zamka w sukience i powiem `zapnij`, z przyzwyczajenia mnie przelecisz." Napisałam, będąc już na górze. Prawie natychmiast usłyszałam wybuch śmiechu, dobiegający z mojej starej sypialni, więc skierowałam się tam, nie do obecnej.
- No i z czego tak...- Zaczęłam i umilkłam. Pytanie wywietrzało mi z głowy na widok tego, co Leto zrobił w czasie, gdy biegałam ze ścierkami po salonie.- Kurwa...- Wyrwało mi się.
Jared się ogolił. Nie skrócił zarostu jak robił to wiele razy wcześniej, po prostu teraz go nie miał. Stał na środku pokoju z włosami związanymi nad karkiem i gładziutką twarzą, podobny i niepodobny do siebie.
- Po "kurwa" mniemam, że jesteś zaskoczona.- Uśmiechnął się, ale trochę niepewnie. W oczach też miał coś na kształt obawy, że będę rozczarowana.
Nie byłam, ale zachwytu też nie czułam. Byłam raczej skonsternowana, choć nie wyglądał źle a po prostu inaczej. Odmłodniał zdecydowanie, to plus, wyglądał teraz niemal jak mój rówieśnik, ale jego twarz nabrała większej ostrości, stała się optycznie chudsza. Nie wiedziałam, co o tym myśleć i co powiedzieć.
- Chłopcze, widziałeś gdzieś Jareda? Był tu.- Odezwałam się po dobrej chwili, gdy minął mi pierwszy szok.
- Chłopcze?- Jr rozpromienił się na ten niekryty komplement z mojej strony.- Aż tak staro wyglądam z bródką?
Podeszłam do niego, nadal udając że go nie poznaję. Przyglądałam mu się, odnotowując jednocześnie że z bliska wrażenie młodego wyglądu znika w konfrontacji z kurzymi łapkami w kącikach oczu, obeszłam go dokoła i zatrzymałam się przed nim.
- Hmmm głos znajomy.- Zmarszczyłam czoło w udawanym skupieniu, mówiąc do siebie cicho.- Pachnie jak Jr. Wzrost też się zgadza.- Odchyliłam mu koszulę po prawej stronie, odsłaniając ramię i część klaty.- Tatuaż też jest.- Położyłam mu dłonie na ramionach, robiąc zdumioną minę.- Jared?
- Nie inaczej, Ell.- Uśmiechnął się ślicznie.- I co powiesz na taką wersję mnie?
- Zaskakująca, ale fajna.- Przejechałam palcami po gładziutkiej skórze policzka.- Więcej miejsca do całowania, ha!- Wycisnęłam soczystego buziaka tam, gdzie wcześniej był zasłonięty zarostem.- Masz bardzo delikatną skórę, J.- Stwierdziłam.
- Skąd wzięło ci się to J?- Leto uniósł zabawnie jedną brew.- Ell, ty mnie tak nie skracaj, bo nic ze mnie nie zostanie.
- Mówiłam, że Emma skalała doskonałość, jaką było zdrobnienie twojego imienia, a J wymawia się w zasadzie tak samo, tylko pisownia inna. Niczego ci nie skracam, broń Boże.- Objęłam go za szyję i przytuliłam policzek do jego policzka, ciesząc się nowym doznaniem.- Jesteś teraz taki gładziutki...
- Cieszę się, że nadal ci się podobam.- Cmoknął mnie w ucho.- Ellie, nic cię po tamtym nie boli? Nie trzeba, żeby obejrzał cię lekarz?- W głosie miał całe pokłady troski i niepokoju.
- Jeśli przez dwa dni nic mi nie było, to nie będzie. Poza tym co bym powiedziała lekarzowi, że mój facet jest synem centaura?- Zażartowałam i uśmiechnęłam się na wspomnienie tego, co powiedział w czarnej jak noc sypialni, słów, których nigdy nie zapomnę, bo były pierwsze.
- Trochę przesadziłem i zrozumiem, jeśli nie pozwolisz mi na podobne gierki nigdy więcej.
- Nie chcę tego powtarzać... przez jakiś czas.- Powiedziałam po chwili milczenia. Choć eksperyment, jakiemu mnie poddał był bolesny, w jakiś niezdrowy sposób mi się podobał.
- Kurwa, Ellie...- Leto sapnął śmiesznie.
Nie musiał mówić więcej, żebym wiedziała o co chodzi. Czasami sam ton jest tak naładowany emocjami, że oddaje więcej, niż słowa, a teraz słyszałam w głosie Jr wszystko to, co chciałam słyszeć już dawno.
To, co spodziewałam się słyszeć kiedyś, w Europie, w wieczór, gdy pierwszy raz poszliśmy, jak normalni ludzie, do łóżka. Wtedy, gdy byłam prawie pewna, że nie jestem Jaredowi obojętna. Pamiętałam każdą chwilę, każde słowo, gest, nawet teraz miałam przed oczami pełną uczuć twarz pochylonego nade mną Jr i to, co mówił.
"Chciałabyś mnie, Ellie?" Pytanie, które mi wtedy zadał, pojawiło się nagle w mojej głowie, brzmiąc w niej echem, dokąd nie zrozumiałam jego treści, tego, czym naprawdę było. Tamtej nocy nie słyszałam, o co naprawdę Jared spytał, teraz...
- J?- Odezwałam się cicho, nadal przytulona do niego całą sobą.
- Tak, Ell?
- Pamiętasz wieczór, gdy siedzieliśmy na drzewie? I później, gdy byliśmy już w pokoju, w łóżku?
- Nasz prawdziwy pierwszy raz.- Mruknął jakoś tak nostalgicznie.
- Zadałeś mi wtedy pytanie, na które nie odpowiedziałam.- Ciekawa byłam, czy to pamięta.
- Mhm. I?
- Żałuję, że zwlekałam, ale już wtedy odpowiedź brzmiałaby: tak, chciałabym cię.
Milczał przez chwilę, która dla mnie wydawała się trwać i trwać.
- Wiem, skarbie. Widziałem to w twoich oczach. Prawie temu uległem.- Ścisnął mnie mocniej.- Przepraszam, że tak się nie stało.
- Najwyraźniej miało być tak, jak było.- Wzruszyłam ramionami.- Widocznie musieliśmy dostać po dupie, żeby docenić pewne rzeczy. Człowiek rzadko szanuje to, co przychodzi łatwo.
- Jest w tym co mówisz jakaś logika.- Jared odsunął mnie na długość ramion i obejrzał z góry na dół.- To jak, zbieramy swoje skopane tyłki? Jak spóźnimy się na lot Shannon urwie mi łeb i nasika do szyi.
- Niech tylko spróbuje.- Burknęłam groźnie, niezbyt zachwycona perspektywą spotkania ze starszym Leto. Pewnie będzie wypytywał mnie o to, co wiem o młodszym, w końcu dziś mijał wymyślony przez niego termin mojego "egzaminu".
- Tak jak mówiłem, nie bierz nic z ubrań, wszystko co potrzebne kupi się na miejscu. W końcu tam zawsze wszystko jest otwarte.- Jr już grzebał w swojej szafie, wyciągając ulubioną, czarną skórzaną kurtkę.
"Tam", czyli w Vegas, mieliśmy powitać nowy rok na imprezie, na którą bracia zostali zaproszeni jeszcze przed moim przyjazdem. W planach było oglądanie rewii, na którą już się cieszyłam, potem bal i odsypianie wszystkiego w jednym z apartamentów hotelu Bellagio.
- Daj mi parę minut.- Ruszyłam do swoich ciuchów, w myślach wybierając na drogę coś, co będzie pasowało do ubioru Leto. Skoro on ubierał skórę, ja też. Do tego luźne jasne dżinsy i sięgająca ud koszulka z nadrukiem pokazującej środkowy palec dłoni. Pokusiłam się też o makijaż w stylu emo, z mocno podkreślonymi na czarno oczami, dzięki czemu przestałam wyglądać jak grzeczna dziewczynka. Podobałam się sobie taka... zbuntowana, z rozpuszczonymi włosami, patrząca spod nich odważnie, wręcz zaczepnie.
Spakowałam do plecaka dokumenty, witaminy, zalecone przez Teda tabletki, parę potrzebnych drobiazgów, i zeszłam na dół, ciekawa reakcji Leto na widok nowej wersji mnie. On złagodniał przez to, że się ogolił, więc ja też coś w sobie zmieniłam.
- Ellie, nie poznaję cię. Wyglądasz... groźnie?- Stwierdził, przyglądając mi się.- Ale ładnie. Kusząco. Niegrzecznie.- Wyliczał, idąc do bramy, za którą czekała na nas taksówka.- Kurwa, mam sprośne myśli na twój widok. Chciałbym...- Urwał i pokręcił głową.
- Co chciałbyś?- Byłam ciekawa, jakie świństewka przyszły mu do głowy tym razem.
- Widzieć, jak patrzysz na mnie właśnie tak umalowana z tego poziomu.- Opuścił dłoń na wysokość swojego krocza.- Kurwa, Ellie, kiedyś się od tego nie wykręcisz.
- Wiem, J. Kiedyś się nie wykręcę.
Z lękiem myślałam o tym, że owo "kiedyś" zbliża się wielkimi krokami. Leto coraz częściej o tym wspominał, a to znaczyło, że mogę spodziewać się z jego strony pierwszych prób lada moment. Trochę byłam ciekawa czy będzie mnie namawiał i prosił, czy też od razu przystąpi do ataku, na przykład wykorzystując to, że siedzę, i stanie przede mną w pełnej gotowości. Bardziej jednak obawiałam się, niż byłam ciekawa, ale człowiek zawsze boi się tego, co ma zrobić lub poczuć pierwszy raz.
- Nic, co ludzkie...- Mruknęłam, wsiadając do taksówki.
- Właśnie, Ell.- Jr wlazł zaraz za mną, cały w skowronkach, ciesząc się chyba na samą myśl o tym, że za jego sprawą pewne rzeczy nie będą mi obce.
- Tomo też jedzie?- Rzuciłam pytanie bardziej po to, żeby zmienić temat, niż ciekawa.
- Nie. Shann też leci na doczepkę.
- A ja?
- Osoba towarzysząca. W chwili, gdy dostawałem zaproszenie, nie wiedziałem jeszcze, że tu będziesz. Gdybym wiedział, mielibyśmy wspólne.- Spoważniał.- Będzie dużo ludzi, głównie z branży filmowej, więc przygotuj się na spore zamieszanie.
- Dziwnie mi z myślą, że mojego chłopaka zapraszają na wielkie imprezy z aktorami.- Po części nawet mogłam przyznać, że nie do końca w to wierzę.
- Chłopaka...- Skrzywił się lekko, wymawiając to słowo.- Kiedyś nie byłem zapraszany na aż tak prestiżowe przyjęcia, ale wiadomo już, że mam dostać nominację, więc od razu skoczyłem o parę stopni wyżej na drabince i voila.
- Jaką nominację?- Nie wiedziałam o czym mówi, nie znałam się przecież na tym, co dzieje się za kulisami pracy aktorskiej.
- Do Oscara, za rolę drugoplanową.- Odparł z dumą.- Niestety za film, którego nie lubisz.
- No to gratuluję.- Uścisnęłam go za rękę, którą mnie trzymał.- Bardzo się cieszę, J.- Cieszyłam się, jak najbardziej, byłam dumna, ale byłam też onieśmielona, po raz nie wiem który zdając sobie sprawę z tego, kim jest Jared. Od nowa czułam się przy nim mała i nic nie znacząca, takie byle co z byle zadupia. Od nowa był wszystkim, czym ja nigdy nie będę.
Znów zadałam sobie pytanie: co ja tu robię i dlaczego wybrał właśnie mnie? Co było we mnie takiego, że chciał zwykłą Ellie, mogąc mieć każdą inną?
- Oczywiście za tym idą też nowe propozycje ról.- Leto nie zauważył mojego zmieszania, wpatrzony w okno po swojej stronie.- Dostałem jedną, ale jeszcze nie chcę o tym mówić. Wszystko w swoim czasie, Ell. Zdradzę tylko, że tym razem nie będę chory ani nic podobnego.
- Choć tyle dobrze.- Odetchnęłam z ulgą.- Będę mogła zajrzeć do kasyna?
- Jasne, pod warunkiem że nie przewalisz całego majątku.- Jared oderwał się od podziwiania miasta i pochylił do mnie, szepcząc.- Lot jest krótki bo to blisko, będziemy mieć kilka godzin dla siebie. Pójdziemy na spacer, zobaczysz Strip, zajrzymy do butików w poszukiwaniu czegoś na wieczór. W tym, co na sobie mamy, mogliby nas nie wpuścić na rewię. Kupimy coś naprawdę wystrzałowego, chcę, żebyś wyglądała dziś pięknie.
Miałam ochotę spytać, czy nie boi się  że będą na mnie wtedy patrzeć, ale przezornie ugryzłam się w język. Lepiej nie kusić losu i nie podpowiadać zazdrosnemu facetowi, że ktoś obejrzy jego dziewczynę.
- A bilety lotnicze?- Spytałam, nie słysząc o nich ani raz.
- Lecimy prywatną maszyną. Nie chce mi się czekać na maruderów ani gnieść z obcymi na pokładzie.
- Mhm.- Skwitowałam informację mruknięciem, jakoś się nie dziwiąc temu, że dzięki pieniądzom nawet głupia podróż z miasta do miasta odbędzie się inaczej, łatwiej. Jeszcze nie przywykłam do swoistego luksusu, jakim było posiadanie bogatego partnera, ale jeśli Leto nadal będzie rozpieszczał mnie lotami w prywatnych maszynach i zakupami w drogich butikach... Obawiałam się, że ze skromnej, cichej Ellie zmienię się w wyniosłą, zadzierającą nosa małpę, szastającą forsą swojego kochanka.
Wróć: Jared nie był już tylko moim kochankiem. Był moim...
I tu miałam problem, bo tak naprawdę ciężko mi było znaleźć pasujące do sytuacji określenie.
Mój facet? Trochę za płytkie i za mało znaczące.
Konkubent? Brzmiało śmiesznie i zbyt oficjalnie, do tego kojarzyło się z rodzinami, w których kobieta w separacji z mężem ma nowego przydupasa.
Narzeczony? I tak i nie. Niby się określił, ale nie spytał, czy ja też tego chcę. Niczego nie ustalaliśmy poza tym, że mam przemyśleć sprawę. Myśleć mogłam przez lata, gdyby się uprzeć, więc i opcja narzeczonego była jeszcze tylko potencjalna. Poza tym przecież nie przedstawię go w ten sposób na przykład cioci, za nic nie nazwałabym Jareda swoim narzeczonym przy ludziach i to nie dlatego, że był ode mnie aż tyle starszy a dlatego, iż zwyczajnie bym się bała, że sobie za wiele pozwalam. Co innego gdy on sam to powie, ale w to raczej wątpiłam.
Zaśmiałam się pod nosem na myśl, że najlepiej połączyć wszystkie określenia i, jeśli będę zmuszona przedstawić Leto komuś z rodziny albo znajomych, powiem "To mój facet, konkubent, kochanek i narzeczony w jednym".
Mój 4 w 1 tymczasem znów dłubał przy telefonie, przeglądając jakieś tweety i komentarze do nich, mamrocząc coś do siebie, przy czym co chwila powtarzał "kurwa". Najwyraźniej znów pisano o nim coś, co mu się nie spodobało.
Wiedziona impulsem wyjęłam swój telefon, usiadłam tak, żeby Jr nie mógł zajrzeć mi na wyświetlacz i pobrałam aplikację Twittera. Czekając aż się zainstaluje sprawdziłam w Google co znaczy ILY.
- J... - Szepnęłam ledwie słyszalnie, rumieniąc się, wzruszona ukrytym w skrócie wyznaniem, i wróciłam do Twittera. Zrobienie konta zajęło minutę, choć głowiłam się chwilę nad nazwą, dłużej trwało zapoznanie się z działaniem portalu. Robiąc to zerkałam na Jr, zajętego wciąuż tym samym, choć teraz pisał coś, marszcząc zabawnie nos.
Wiedziałam jaką ma nazwę, więc bez trudu znalazłam go i zaczęłam obserwować. Miałam nadzieję, że gdy napiszę do niego nie zniknę w tłumie innych wiadomości.
Wysłałam do Jr tylko ILY, nieco na wyrost i po to, żeby sprawić mu przyjemność, myśląc przy tym, że tak krótki tekst będzie widoczny w tłumie pisaniny, jaką niewątpliwie dostawał bez przerwy. Ciekawe, czy przejrzyj nowe wiadomości przed wyłączeniem Twittera... Jeśli nie, napiszę coś innym razem.
Odłożyłam telefon i spojrzałam za okno na mijane ulice i spieszących się gdzieś ludzi. Niektórzy już byli w szampańskim nastroju, choć nie minęło jeszcze południe.
Patrzyłam na roześmianą młodzież, grupki dziewczyn mniej więcej w moim wieku i towarzyszących im chłopców, i gdzieś w środku poczułam zazdrość. Byli tacy beztroscy, tacy szczęśliwi, tacy... młodzi. Wyglądali tak, jakby nie mieli żadnych, nawet najmniejszych problemów i żyli pełnią życia.
Brakowało mi tego. Tęskniłam za czasami, gdy sama byłam taka, jak oni. Brakowało mi moich znajomych, przyjaciół, rozmów z nimi, wspólnych wypraw do Lafayette, wieczornych seansów w kinie, wszystkich tych głupiutkich rzeczy, które robiliśmy, jak mi się teraz wydawało, wieki temu.
Wiedziałam, że to już nie wróci, moje życie zmieniło się i nadal będzie zmieniać tak diametralnie, że nie mam już powrotu do tej Ellie, jaką byłam przed pierwszym wyjazdem do LA. Straciłam to, swój dawny optymizm i wiarę w siebie, luz, umiejętność cieszenia się każdym dniem. Nie żebym zmieniła się w ponuraka, ale wiedziałam, że pewien etap życia dla mnie definitywnie się skończył. Nigdy już nie będzie tamtej Ellie, bawiącej się w gronie znajomych, z którymi była tak zżyta. Kochałam ją  kochałam siebie w tamtej wersji, ale ona odeszła.
Dorosłość naprawdę jest zdrowo przereklamowana.
Od rozmyślań oderwał mnie Jared.
- Ellie?- Trącił mnie łokciem.
- Hmm?- Mruknęłam, wracając do swojego świata i z żalem opuszczając wspomnienia beztroskiej siebie.
- Dziękuję.- Uśmiechnął się jakoś tak czule i objął mnie na chwilkę, potem puścił i siadł prosto.
- Za co?
- Za to, że jesteś. I za to, że znosisz mnie mimo wszystko, bo czasem straszny ze mnie palant.-  Mówił cicho, patrząc przy tym z wielkim skupieniem.- Za to, że mam z tobą kurewsko dobry seks, który też lubisz. Za Jamesa. Za wszystko.- Kąciki jego ust zaczęły podnosić się w górę, choć miałam wrażenie, że próbuje utrzymać powagę.- Za to, co napisałaś do mnie przed chwilą, mam nadzieję, szczerze.- Chyba przegrał walkę bo nagle wyszczerzył się w szerokim uśmiechu.- Pączuszek? Serio, Pączuszek?- Zaczął się śmiać, ale nie ze mnie, raczej z rozbawienia.
- Nie wiedziałam, jaką nazwę sobie dać. Pączuszka przynajmniej znasz.- Burknęłam, trochę zażenowana.
Z braku pomysłów miałam na Twitterze nazwę Ellie S-L@Pączuszek.
- Wiesz, że teraz będą cię tak nazywać?- Leto przestał chichotać, choć nadal było mu wesoło.
- Kto?- Nie zrozumiałam w pierwszej chwili.
- Moi fani. Dodałem cię, zresztą zajrzyj u siebie... Śmiem twierdzić, że zostaniesz Pączuszkiem Jareda, i to nie tylko na Twitterze ale ogólnie.
Zajrzałam, widząc kilka powiadomień. Wyciszyłam wcześniej komunikaty, żeby nie musieć co rusz sprawdzać o co tym razem chodzi, poza tym nie chciałam żeby mój telefon co chwila trąbił, że gdzieś ktoś coś napisał, zacytował czy dał łapkę.
Rzeczywiście Jr dodał mnie do listy swoich obserwowanych, poza tym polubił mojego tweeta i nawet go zacytował, dodając od ciebie emotkę serduszka. Czyli romans w sieci na całego... Choć zrobił to ledwie chwilkę temu, już pojawiły się pierwsze reakcje. Co moment wyskakiwały nowe powiadomienia o tym  że ktoś do mnie napisał albo zaczął mnie obserwować. Nawet na fejsie nie miałam takiego spamu.
- Słodki Boże, oni tak zawsze? Mam już prawie stu obserwujących.- Nie nadążałam za tym, co się dzieje.
- Ja mam ponad 4 miliony. I część z tego zacznie śledzić też ciebie. Będziesz dostawać różne wiadomości, przygotuj się na to, że nie zawsze miłe. Mogą pojawić się wyzwiska.
- Bez jaj.
- Niektóre osoby z nieznanych mi powodów nienawidzą dziewczyn w moim życiu. Myślę, że to z zazdrości.- Jr zrobił niewinną minę.- Co poradzę, że jestem kurewsko seksowny i przez to się we mnie kochają?
- Niech żyje skromność.- Nie mogłam się nie śmiać razem z nim.- Widzę, że nabrałeś pewności siebie, Leto.
- Jak jej nie nabrać, skoro nawet ty mówisz, że jestem ciachem?
Miał rację, był ciachem. Moim ciachem.
- Czekaj... - Złapał znów telefon i przysunął się do mnie.- Strzelimy sobie fotkę na wypadek, gdyby ktoś znów watpił w prawdziwość naszego związku. Nie mamy praktycznie żadnych wspólnych zdjęć Ellie.
- Jak to: znów.- Spytałam, gdy Jr zajął się publikowaniem zdjęcia.
- Chyba dawno nie byłaś na Facebooku?
- Parę dni.
- Właśnie. Pojawiły się tam opinie, jakobym stworzył fikcyjny profil z twoim nazwiskiem i udaję, że mam dziewczynę, pisząc na obu kontach.
- Co? Ale czemu ktoś tak myśli, po co miałbyś robić podobne rzeczy?- Byłam oburzona.
- Wiesz, czasem zdarzało mi się robić różne żarty, dlatego teraz też myślą, że to kawał.- Leto, zerknął na mnie znad BB.- Musimy częściej pokazywać się razem, żeby pozamykać buzie niedowiarkom. Trzeba trochę wspólnych zdjęć w sieci. Zobacz.- Podsunął mi telefon pod nos: fotka, którą zamieścił na Twitterze z podpisem "Moja Ellie" miała już dziesiątki wyświetleń i niewiele mniej komentarzy albo udostępnień.- Ale będą plotki...- Znów się uśmiechnął, najwyraźniej zadowolony z siebie.
- Podobno nie lubisz plotek.
- Nie lubię plotek, których sam nie rozsiewam.- Wyjaśnił pogodnym tonem.
- Cóż, to wiele wyjaśnia.- Przechyliłam nieco głowę, patrząc na niego z uwagą.- Hmm, a jakieś na nasz temat już rozsiałeś?
- Taaaaa...- Jr patrzył na mnie dziwnie, z ukosa.- Dowiesz się... kiedyś.
- Co?- Uniosłam pytająco brwi.
- Nic. Dojechaliśmy.- Wstrząsnął się, jakby wyszedł z transu. Zapłacił za kurs i wysiedliśmy.- Nie mamy odprawy, bo nie lecimy lotem rejsowym. Maszyna czeka obok hangaru.- Wziął mnie za rękę i poprowadził obok terminalu do niewielkiego budynku z bielonymi ścianami. W środku była maleńka poczekalnia, wyposażona w kilka krzeseł i mikroskopijny stoliczek, teraz zastawiony kubkami z kawą z automatu.
- Dłużej się nie dało?- Shannon zerwał się z krzesełka, prawie je przewracając.
- Mamy lecieć o 11.30, jest jeszcze parę minut. Taksiarz się wlókł.- Jr spiął się w sobie.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu, ciekawa pozostałych siedzących w nim osób. Nie znałam nikogo z kilkorga obecnych, nie kojarzyłam żadnej twarzy z czymś widzianym w TV albo w kinie. Wszyscy przyglądali mi się z ciekawością, jedna z dziewczyn, na oko starsza ode mnie i piękna jak modelka, którą pewnie była, szczególnie długo wgapiała się w mój brzuch, potem przeniosła wzrok na Jareda i znów na mnie.
- Wow.- Powiedziała tylko tyle, po czym wyjęła z torebki telefon i zaczęła na nim pisać.
Domyślałam się, że pewnie powiadamia znajomych o tym, że Leto zjawił się z młodą, ciężarną laską. Może jego otoczenie wiedziało o mnie, ale raczej nie za dużo, może niektórzy nie do końca wierzyli, że naprawdę istnieję, a jeśli tak, dziś upewnią się w tym do końca. Przez cały wieczór będę razem z Jr w towarzystwie, zobaczą mnie na własne oczy. Wcześniej widziała mnie jedynie garstka, z którą miałam okazję spotkać się w klubie, a i tak wyszliśmy z niego po niecałej godzinie.
"Boże, jak ja dla nich wyglądam z emo na twarzy i w tej zadziornej koszulce?"
Siedzący w poczekalni musieli sobie nieźle pomyśleć: obca, nieznana nikomu dziewczyna, wyglądająca na maksymalnie 20 lat, z brzuchem, wymalowana jak dziwadło i ubrana jeszcze lepiej. Nawet nie chciałam snuć przypuszczeń, co sądzili o mojej ciąży i jak bardzo byli pewni, że złapałam Leto na dziecko. Znali go pewnie i dla nich było jasne, że sam z własnej woli raczej by mi brzuszka nie doprawił. Musieli wiedzieć, że nie chciał mieć potomstwa.
- J, jest tu gdzieś toaleta?- Spytałam. Chciałam na chwilę pobyć sama, uciec spod ciekawskich spojrzeń.
- Tak Ellie, tu za rogiem po lewej,- Wskazał mi wąski korytarz po drugiej stronie pomieszczenia.- Tylko szybko, bo za chwilkę lecimy.
- Minutka i wracam.- Wcisnęłam mu w rękę plecaczek i poszłam odetchnąć w samotności. Przy okazji zrobiłam siku, woląc nie zabierać tego z sobą na pokład.
Myjąc ręce zerknęłam na siebie w lustrze: jednak nie wyglądałam tak źle, jak mi się wydawało. Patrząc na swoje odbicie nie widziałam dziewczątka koło dwudziestki, niewinnego i płochliwego. Widziałam pewną siebie młodą kobietę i taka też chciałam być. Nie mogłam znów pozwolić się stłamsić, zapędzić w kąt, zahukać. Nigdy więcej nie pozwolę zrobić z siebie sierotki, która chowa się gdzieś ze wstydu, albo załamuje pod wpływem emocji bo znalazła się w towarzystwie sław i bogaczy, będąc nikim. Nie byłam już nikim, byłam dziewczyną Jareda, a to jednak coś znaczyło. Wiedziałam, że Jr podoba się kobietom, wiedziałam też, że mi zazdroszczą i z marszu większość zawistnych będzie traktowało mnie jak gówno, żeby podnieść własną samoocenę.
- To ty z nim żyjesz i śpisz, nie te flądry, które patrzą na ciebie z wyższością. To ty powinnaś czuć wyższość, mając do czynienia z laskami, które by go chciały. A tych jest całkiem sporo.- Powiedziałam do siebie, od razu czując się dzięki temu lepiej. Przestałam przejmować się opinią, jaką o mnie mają, nie martwiłam się też co myślą o Jamiem.
Wróciłam do poczekalni akurat w momencie, gdy towarzystwo wychodziło na płytę lotniska. Jr czekał na mnie, przestępując niecierpliwie z nogi na nogę.
- Szybko, Ellie, inaczej będziemy musieli czekać chuj wie ile na pozwolenie na start. Teraz akurat jest okienko w lotach.- Złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą prawie truchtem.
- Czemu jesteś taki nerwowy?- Spytałam cicho, wchodząc na pokład całkiem małego samolotu.
- Ja? Nie jestem, tylko ci się wydaje.- Leto zajął pierwsze lepsze miejsce, siadając przy oknie w trzecim rzędzie. Nie mając wyjścia usiadłam przy przejściu.
- Jeśli boisz się, że znów pęknę i zrobię szopkę, to spokojna głowa.- Uprzedziłam jego ewentualne pytania co do stanu mojej psychiki.- Faktycznie szybko.- Dodałam, widząc przesuwający się za oknem widok. Nie zdążyłam nawet zapiąć pasa, a już kołowaliśmy przed startem.- Fajny samolocik.
- Learjet 85.- Jared pochylił się do mnie, szepcząc.- Ell, to nic złego że się o ciebie martwię.
- Wiem J.- Pogłaskałam go po gładkim policzku.- Ale nie musisz. Już się nie boję, bo mam ciebie.- Posłodziłam mu trochę.- Pieprzyć wszystkich, jeśli ma się obok siebie kogoś takiego, jak ty.
- Wolałbym żebyś pieprzyła tylko mnie.
- Nie ma innej opcji, Leto.- Spojrzałam na niego spod rzęs.
- Ja myślę, Swift.- Przysuwał się coraz bliżej, aż prawie dotykał mnie nosem.- Bo chyba bym cię wtedy zabił.- Odsunął się i siadł prosto, gapiąc się w okno.
Nie miałam pojęcia czy żartował, czy mówił szczerze. Zgłupiałam, nie wiedząc jak skomentować jego słowa, więc milczałam, patrząc na znikający za grubą szybą horyzont. Nawet nie zauważyłam, kiedy wystartowaliśmy.
Rozejrzałam się po wnętrzu maszyny, napotykając od razu czujny wzrok starszego Leto. Miałam ochotę pokazać mu język albo zrobić zeza, ale zamiast tego uśmiechnęłam się słodko.
- Co tam, Shann?- Spytałam niewinnie.
- Dobrze, a u ciebie? Co ty masz na oczach, odkrywasz mroczną stronę pączuszka?- Zachichotał.
- Tak. Przeszłam na ciemną stronę mocy i zacznę parać się czarną magią.
- Ofiary z dziewic?
- Jedna już się złożyła w ofierze.- Jr odezwał się tuż koło mnie.- Ellie, przepuść mnie, muszę pogadać z bratem.- Rozpiął pas i wstał, więc podciągnęłam nogi żeby mógł przejść.
- Jared...- Odezwałam się, gdy mnie minął i znalazł się obok mojego fotela. Nie wiem co mnie do tego podkusiło, ale było za późno, zatrzymał się i stał ledwie centymetry ode mnie.
- Tak, Ellie?
Przez króciutką chwilę patrzyłam wprost przed siebie, mając przed oczami dół jego koszulki i wiedząc, co jest pod nią, potem podniosłam wzrok i spojrzałam mu w oczy, rozpaczliwie myśląc, co powiedzieć.
- Mogę usiąść przy oknie?- Spytałam wreszcie.
- Możesz.- Mruknął, mierząc mnie świdrującym spojrzeniem. Widziałam w jego oczach że się połapał, wiedział, że wcale nie chciałam o nic pytać i zatrzymałam go specjalnie właśnie w takim momencie.- Masz przechlapane.- Rozciągnął usta w uśmiechu, który wcale mi się nie podobał, będąc zarazem pięknym.

Las Vegas znałam tylko ze zdjęć i filmów, nie wiedziałam więc, czego tak naprawdę się spodziewać. W południe, w biały dzień, wydawało mi się inne, zwykłe, zapewne przez brak migoczących, kolorowych neonów. Wieczorem będzie inaczej: cały urok, jaki miało Vegas, wyjdzie z ukrycia i zawładnie miastem.
Póki co spacerowaliśmy główną ulicą, zwaną krótko Strip, mijając kolejne hotele i kasyna. Jakimś cudem nikt jeszcze nie rozpoznał Leto, choć parę osób przyglądało mu się uważnie, mijając nas. Fakt, że ciężko było dostrzec jego twarz, ukrytą częściowo pod lustrzanymi okularami i nasuniętym nisko kapeluszem, poza tym ogolony i ze związanymi ciasno włosami i tak wyglądał inaczej, niż zwykle.
- Mamy prawie pół dnia dla siebie, Ell. Co chciałabyś porobić, prócz zakupów? Chcesz iść do kasyna?- Jr wskazał na jeden z lokali, zachęcających do wejścia tablicą z wciąż rosnącą kwotą głównej wygranej. W jakiej grze, tego nie wiedziałam.- A może chcesz coś zjeść?
- Chyba coś zjeść.- Zdecydowałam w jednej chwili, czując pierwsze oznaki głodu.
- Harmonogram ci się rozwala?- Jared wziął mnie pod rękę, skręcając w jedną z bocznych ulic.- Tu niedaleko jest przytulna restauracja, serwują smaczne wegetariańskie dania. Uprzedzając pytanie: tak, byłem tu wielokrotnie i znam miasto.
- Jest w ogóle jakieś miejsce, którego nie znasz?- Spytałam, pamiętając jak przyjechał po mnie na lotnisko w... Warszawie. Tam też radził sobie sam, jeżdżąc po mieście na drugim końcu świata tylko z pomocą GPS i nawigacji.
- Oczywiście, nie byłem przecież wszędzie, ale zwiedziłem sporo, przyznam.- Zatrzymał się przed podwójnymi szklanymi drzwiami.- To tutaj.- Otworzył, wpuszczając mnie przodem.
Rozejrzałam się po sali, urządzonej tak, żeby stoliki nie stały zbyt blisko siebie, dając gościom możliwość swobodnych rozmów bez obaw, że siedzący niedaleko usłyszą każde słowo, wypowiedziane głośniej, niż szeptem. Dodatkowym plusem była muzyka, grana przez pianistę, siedzącego przy instrumencie na samym środku między okalającymi go stolikami.
- Fajnie tu.- Przyznałam.- Masz dobry gust, Leto.
- Wiem, Swift. Jesteś tego dowodem.
Obok nas zjawił się jak duch jeden z kelnerów, ubrany elegancko w ciemną marynarkę i zaprasowane w kant spodnie. Obejrzał nas krytycznie, mając w oczach niesmak.
- Życzą sobie państwo stolik?- Spytał beznamiętnie.
- Tak.- Jr zdjął kapelusz i okulary.
Patrzyłam z rozbawieniem, jak mina kelnera zmienia się z pełnej wyższości na zdumioną, potem zawstydzoną, wreszcie pełną uniżoności. Chciało mi się śmiać z tego, że gość był gotów płaszczyć się tylko dlatego, że miał przed sobą Jareda Leto. Ale, co sobie od razu uświadomiłam, sama, będąc na jego miejscu, czułabym respekt i szacunek, jaki czuł zwykły szaraczek stając oko w oko z gwiazdą. Ja, obcując z Jr na co dzień, traktowałam go jak każdego normalnego człowieka, ale spotykając jego znajomych byłam onieśmielona i skrępowana.
- Proszę za mną.- Kelner ruszył do stolika w rogu, usłużnie odsunął mi krzesło, cały zwijając się jak rogalik. Podał mi nawet leżącą na stoliku kartę, jakbym nie mogła sama po nią sięgnąć.- Czy podać państwu coś do picia?
- Wodę z cytryną i dwiema kostkami lodu.- Poprosiłam.
- Kawę z mlekiem, bez cukru.- Leto rozparł się na miejscu, zaraz jednak usiadł prosto, podparty łokciami o stolik.
Przeglądałam kartę, raz po raz zerkajac nad nią na Jareda. W jakiś sposób przypominał mi to, jaki był kiedyś, przed moim powrotem do Delphi. Zamyślony, smutny, odległy... Czy miał jeszcze jakiś sekret, którego nie znałam?
- Nie zamawiasz?- Spytałam, przerywając ciszę.
- Wezmę to co ty, przecież lubimy te same rzeczy.
- Mam ochotę na pieczonego ziemniaka nadziewanego grzybami.- Stwierdziłam po przejrzeniu menu.
- Dobrze, niech będzie. Nie jestem w zasadzie głodny, ale zjem.
Skinęłam na czekającego w pobliżu kelnera i złożyłam zamówienie, po czym zaczęłam przyglądać się Jaredowi: siedział jakiś taki przybity, zamyślony, międląc w dłoniach serwetkę. Zwijał ją i rozwijał, zwijał i rozwijał...
- Coś cię gryzie?- Musiałam spytać.
- Nie mam insektów.- Zerknął na mnie i wrócił do serwetki.
- Jared, nie zbywaj mnie, jakbym była bezmózgiem.- Odparłam chłodno.
- Nie zbywam.
- Nie traktuj mnie jak twoi znajomi, jakbym była nikim, albo jakby nie powinno obchodzić mnie nic poza chodzeniem z tobą do łóżka.
- Skąd pomysł, że tak o tobie myślę?- Oburzył się.
- Myślisz, nie myślisz, ale tak się zachowujesz. Więc jak, powiesz mi, co cię gniecie, czy bawisz się ze mną w dom tylko dla żartów?- Nie zamierzałam ustąpić.
- Kurwa, Ellie, ja się nie bawię w dom, tyle chyba powinnaś zauważyć.- Leto pochylił się do mnie nad stolikiem, z gniewem w oczach i mówiąc prawie szeptem przez zaciśnięte zęby.- Chcesz wiedzieć, co mnie gniecie? Dobrze.- Przesiadł się na krzesło obok mnie i przysunął się bliżej.- Za parę dni mam badania w kierunku markerów nowotworowych. Dlatego jestem nerwowy. I mogę być przez kolejne trzy tygodnie, bo tyle trwa czekanie na niektóre wyniki. Więc, jeśli potrafisz wytrzymać, nie drąż mi dziury w brzuchu o każdą głupotę, bo tego nie lubię.- Mimo ostrych słów wziął mnie za rękę, łagodnie i delikatnie ściskając ją palcami.
- Rozumiem.- Skinęłam na potwierdzenie. To, co czuł, w pełni usprawiedliwiało jego tendencje do irytowania się.- Bardzo się denerwujesz?
- Bardzo.- Opuścił wzrok na nasze ręce.- Zawsze.- Mrugnął kilka razy, wyglądając przy tym strasznie bezradnie.- Teraz bardziej niż zwykle, bo mam ciebie i... wiesz. To by było wredne, gdybym rozchorował się właśnie teraz.- Spojrzał mi w oczy, swoje mając przepełnione strachem.- Kurwa, Ellie, co mam zrobić? Chciałbym żyć choć tak długo, żeby James mnie pamiętał. Choć tyle.
Miałam ochotę krzyczeć albo coś rozwalić. Byłam tak rozpaczliwie bezsilna, aż ściskało mnie przez to w piersi, choć nie chciało mi się płakać. Zdaje się, że etap płaczliwości zostawiłam za sobą, znikł wraz z ostatnimi śladami po niedawnym załamaniu. Choć teraz byłam inna, silna, w starciu z tym, co mogło nas czekać, nawet moja siła na nic się nie zda. Nie zmieni tego, co ma być.
- Chciałabym, żebyś żył tak długo, by pamiętały cię nasze wnuki.- Odezwałam się, mówiąc szczerze, z serca. Naprawdę chciałam żeby żył jak większość ludzi, dokąd nie ulegnie naturalnemu zmęczeniu materiału.
- Pobożne życzenia...- Wtrącił cicho, nie odrywając ode mnie wzroku. To peszyło.
- Gdyby ktoś dał mi gwarancję, że Bóg istnieje, i jeśli bym wzięła pod uwagę statystykę i prawdopodobieństwo, że dożyję najmniej osiemdziesiątki, poszłabym na układ z tym na górze i dogadałabym się, żeby zabrał ode mnie z tego jedną trzecią i dał tobie.- Westchnęłam i roześmiałam się cicho, słysząc własne słowa.- Głupio to zabrzmiało, ale tak myślę.- Zarumieniłam się pod uważnym spojrzeniem Jr.- Nie wiem, co chciałby w zamian...- Zamknęłam się.
Leto patrzył na mnie tak, jakby widział mnie pierwszy raz w życiu. Wgapiał mi się w oczy, miałam wrażenie, że przewiercił się spojrzeniem przez moje oczodoły, czaszkę, i ogląda mózg, każdy pojedynczy zwój. To nie było miłe, czułam się jak leżący pod mikroskopem preparat, poddawany skrupulatnej analizie ciekawego jego działania badacza.
- Przepraszam.- Bąknęłam prawie szeptem, w razie gdyby czuł się urażony moimi słowami. Nie chciałam źle, wyrażałam swoje myśli, swoje pragnienia. Chciałam mieć go dla siebie i przy sobie jak najdłużej. Czy to coś złego?
- Oddałabyś część życia dla mnie?- Leto odezwał się dopiero po tym, jak kelner przyniósł nasze zamówienie.
- Tak. W jakiś sposób i tak to robię, poprzez związek.- Odparłam po chwili zastanowienia.- W zasadzie mogę powiedzieć, że już oddałam ci swoją młodość. Spędzę ją z tobą.- Nie wiem, skąd wzięły mi się takie wnioski, ale słysząc je, uznałam ich rację. Naprawdę oddawałam Jaredowi część swojego życia, tę, którą spędzimy wspólnie, jako para. To była dziwna, niepokojąca myśl, ale nie bałam się, że popełniam błąd. Cholerna intuicja, odzywająca się u mnie nagle i bez uprzedzenia, znów dała o sobie znać: wiedziałam, że to, co robię, jest najlepszym, co mogłam zrobić. Najlepszym dla mnie.
- Wiem, skarbie. Dziękuję.- Jr uśmiechnął się, mając w oczach iskierki czułości, i wyjął z kieszeni telefon. Grzebiąc w nim, zerkał na mnie co chwilka, znów mnie tym pesząc. O czym myślał?
Ukroiłam kawałeczek ziemniaka i spróbowałam go, ani trochę nie zdziwiona tym, że jest pyszny.
- Mmmm tu faktycznie świetnie gotują.- Stwierdziłam z uznaniem, pałaszując swoją porcję.- Idealnie doprawione grzyby.- Dodałam.- Aż się chce spróbować wszystkiego, co serwują.- Mówiłam, czując się głupio pod ciągłą obserwacją.- Po odrobince każdego dania.- Mamrotałam do siebie, mając wrażenie, że Leto wcale mnie nie słucha, a nawet jeśli, to nie zwraca uwagi na moje słowa. Nie bawił się już BB, jadł bez pośpiechu, co rusz się na mnie gapiąc z dziwnym, zagadkowym wyrazem twarzy.
Dokończyłam porcję, żałując, że nie było więcej. Nie byłam już głodna, ale miałabym przynajmniej zajęcie, a tak musiałam siedzieć bezczynnie, nie wiedząc, co zrobić z rękami. Czas wlókł się jak ślimak.
- Nie sprawdzisz Twittera?- Jr odezwał się pierwszy raz od, jak mi się zdawało, wieków.
- A powinnam?- Zdziwiło mnie jego pytanie.
- Zdecydowanie tak.- Odchylił się w tył i rozparł na krześle, patrząc na mnie z zaciekawieniem.
- Aha. Dobra, sprawdzę. Ktoś coś napisał?- Włączyłam aplikację, zaintrygowana tajemniczą miną Leto. Musiał zobaczyć coś, gdy chwilę wcześniej sam zaglądał w telefon.
- Taaaak, ktoś coś napisał.- Stwierdził.
Przejrzałam wpisy na tablicy, ale nie było w nich nic, co usprawiedliwiałoby dziwne zachowanie Leto. Dopiero po chwili zobaczyłam, że mam prywatną wiadomość. Od niego.
Otworzyłam ją i wstrzymałam na sekundę oddech, widząc tylko jedno zdanie.
"Weźmy ślub, teraz."
Nie byłam zaskoczona, jednocześnie będąc. Już wcześniej, słysząc o wyprawie do Vegas, brałam pod uwagę możliwość, że Leto wyskoczy z taką propozycją. W zasadzie spodziewałam się jej, wiedząc jaki jest. Mimo to czułam się dziwnie, wzniośle, czułam jak mocno bije mi serce a w uszach słyszałam szum własnej krwi.
Podniosłam wzrok znad telefonu, z miejsca napotykając uważne spojrzenie Jr.
- To żart?- Spytałam ostrożnie.
- Nie. To co powiedziałaś tylko mnie wzmocniło w przekonaniu, że chcę pełnego związku, z jego prawnymi konsekwencjami.
- Ale tak o, zaraz?- Wolałam się upewnić, usłyszeć każdy argument, jaki miał, poznać każdy kierujący nim powód.
- Tak, dziś, zaraz. Jesteśmy dorośli, chcemy być razem, więc bądźmy.- Mówiąc bawił się telefonem, obracając go w kółko na stoliku.- Kocham cię bardzo, aż się tym zachłystuję. Chcę żebyś była moja w najbardziej możliwy sposób, chcę cię mieć na własność, posiąść nie tylko fizycznie ale też duchowo i emocjonalnie. Nie jak przedmiot, jak osobę, która oddała mi się z własnej woli doskonale i całkowicie.
Słuchałam, będąc jak zaczarowana. Podobne słowa mogły paść tylko z jego ust, nikt inny nie chciałby mnie po prostu mieć. Jego argumenty były conajmniej dziwne, ale on sam były dziwny, do tego miał bardzo rozwinięty instynkt posiadania. Rozumiałam o czym mówił, mając na myśli to, że oddam się w jego ręce do końca, całą sobą. Wiedziałam też, że dla niego to ważniejsze niż moje ewentualne wyznania albo zapewnienia, że go kocham. Chciał dowodu, pewności, że mnie ma, bo ja tak zdecydowałam.
- Skąd wiesz, że nie będziesz tego żałował? Albo że będziesz szczęśliwy?- Uważałam że powinnam o to spytać.
- Jestem szczęśliwy, i chcę być bardziej. Żałował? - Leto prychnął lekceważąco.- Więc jak, Ellie? Kochasz mnie na tyle, żeby za mnie teraz wyjść?
- To jest szalone.- Wiedziałam że nie mogę odmówić, nie raniąc Jareda, albo nie sprawiając  że się ode mnie oddali. Od kilku dni było między nami dobrze, coraz lepiej się dogadywaliśmy. Otworzył się przede mną i nie chciałam tego zniszczyć.
- Jestem szalony, przecież o tym wiesz. I nieznośny, ale dobrze pieprzę, więc mi wszystko wybaczysz.- Uśmiechnął się rozbrajająco, jak rozbrykany chłopiec który wie doskonale, że każdy psikus ujdzie mu na sucho.
- I oczywiście wszystko dla ciebie zrobię.- Dorzuciłam to, co ostatnio stwierdził
- Właśnie, zrobisz, co zechcę i jak zechcę.- Miał pod tym względem całkowitą pewność, jakby wiedział, że nie chcę sprawić mu przykrości odmową.- Więc zbieraj zgrabny tyłek bo musimy iść po certyfikat.

- Czuję się jak na poczcie.- Szepnęłam do Leto, stojąc z nim w kolejce oczekujących na wydanie pozwolenia na ślub. Raz po raz przeglądałam wypełnioną przez siebie aplikację, nie do końca wierząc w to, co się dzieje. Miałam pewność, że zaraz obudzę się we własnym łóżku, być może widząc patrzącego na mnie Jr. siedzącego na parapecie okna, okolonego aureolą porannego słońca.
- A ja jestem kurewsko podekscytowany.- Odszepnął.- Czy to musi tyle trwać?- Dodał niecierpliwie.
- Aż tak ci się spieszy?
- Mhm, boję się, że się rozmyślisz, i co wtedy?- Mruknął mi do ucha.- Widzę, jaką masz minę, Ellie.
- Ciężko mi uwierzyć, że tu jestem. Czemu właśnie ja?- Zadałam pytanie, które dręczyło mnie od dawna, a teraz miałam szansę uzyskać na nie odpowiedź.
- Nie wiem. Szczerze, Ell, nie umiem wyjaśnić, dlaczego przy tobie czuję to, co czuję, i czego ciągle mi mało. To po prostu jest, i chcę, żeby było.- Pokiwał głową.- Jest mi dobrze, to najważniejsze. Tobie, jak mniemam, też?
- Tak.- Przyznałam.
Fakt, było mi dobrze. Nie musiałam martwić się o rzeczy przyziemne, takie jak rachunki czy dach nad głową. Miałam kogoś, kto już umiał powiedzieć, co do mnie czuje, i choć moje uczucia były na pewno o wiele słabsze, to jednak istniały. Może z czasem się wzmocnią? Póki co było mi świetnie, i tego się trzymałam. Nie chciałam przyznawać sama przed sobą, że zgodziłam się na pomysł Jr głównie dlatego, że tak było mi wygodnie. Naprawdę wiele dla mnie znaczył i jeśli miało być między nami dobrze na jego warunkach, byłam skłonna się z nimi zgodzić. Chciał mnie mieć, niech ma.
- Nie tak to sobie wyobrażałaś, prawda?- Pytanie wyrwało mnie z zamyślenia.
- W ogóle sobie nic nie wyobrażałam.- Wzruszyłam ramionami.- Nie miałam kiedy. Pędzisz przez życie jak rakieta, ja za tobą nie nadążam, J.
Jared roześmiał się głośno, zwracając na nas uwagę innych par. Co prawda znów chował się za okularami, ale wystarczyło mu się przyjrzeć, żeby go rozpoznać.
- Nasza kolej.- Złapał mnie za rękę i pociągnął do zwolnionego właśnie okienka.
Podałam urzędniczce aplikację i prawo jazdy, robiąc to bardziej automatycznie, niż świadomie, i patrzyłam, jak wpisuje moje dane w komputer. Czułam się tak, jakbym obserwowała wszystko z boku, jednocześnie będąc nadal w swoim ciele.
Przez głowę przelatywały mi setki myśli, ale nad żadną nie skupiam się na dłużej, niż parę sekund. Myślałam o rodzicach, o bracie, o tym, co pomyślą, gdy dowiedzą się, że nagle i bez uprzedzenia wyszłam za mąż. Co powie babcia i czy nie będzie zawiedziona, że nie mogła przy tym być.
Zastanawiałam się, jak będę się czuła, budząc się jutro jako mężatka. Czy coś w moim życiu się przez to zmieni, czy też będzie jak dotąd. Czy ja się zmienię.
- Chce pani zatrzymać swoje nazwisko, czy przyjąć nowe?- Pani w okienku zamarła z palcami nad klawiaturą, patrząc na mnie.
Przez chwilę nie wiedziałam, o co pyta.
- Ja... nie myślałam o tym jeszcze.- Przyznałam, rumieniąc się.
- Możesz mieć dwa, przynajmniej będą pasować do rejestracji i nazwy na Twitterze.- Jr pospieszył z pomocą, przez co jeszcze bardziej się zaczerwieniłam. Widziałam swoje odbicie w jego lustrzanych okularach: wyglądałam jak przestraszona i pogubiona dziewczynka.
- Niech będą dwa.- Zgodziłam się szybko.
Urzędniczka zmierzyła mnie dziwnym spojrzeniem i wróciła do klepania w klawiaturę.
- Pani Eleanor Swift - Leto.- Jared wymówił to z namaszczeniem, jakby smakował każde słowo niczym egzotyczną potrawę.- Nie mogę się doczekać, gdy będę przedstawiał cię komuś.- Mówiąc, położył w okienku swoją aplikację i prawo jazdy.
Obsługująca nas kobieta wyciągnęła po nie rękę i zamarła, patrząc z głupią miną to na leżący przed nią dokument, to na mnie, to na Jr.
- Eeeeee...- Stęknęła, najwyraźniej zaskoczona, albo nawet nie wierząc, kogo widzi. Drgnęła, jakby ugryzł ją komar.- Mam kontynuować?- Spytała idiotycznie, rumieniąc się aż po cebulki włosów.
- No raczej, i to szybko, bo mi się dziewczyna rozmyśli.- Leto zsunął na chwilę okulary, pozwalając jej porównać twarz do zdjęcia w prawie jazdy.
Gdy wróciła do wpisywania danych widać było, jak trzęsą jej się ręce. Co moment zerkała na Jareda, jakby musiała ciągle od nowa upewniać się, że to naprawdę on. Wreszcie skończyła i z westchnieniem ulgi podała nam świeżutki dokument.
- Pozwolenie jest ważne przez rok od dziś.- Powiedziała śmiesznie wysokim głosem.- Opłata gotówką czy kartą?
Nie słuchałam jej, wpatrzona w wyraźne, drukowane litery, stwierdzające że ja, Eleanor Susannah Swift, dostaję poświadczoną prawnie zgodę na zawarcie małżeństwa z Jaredem Josephem Leto.
Boże...
- Chodź, skarbie. Musimy poszukać terminu na dziś.- Jr wyjął mi dokument z rąk i ostrożnie złożył go na pół, po czym schował mi go do mojego plecaczka, a ten zarzucił sobie na ramię.- Mam ulotkę, podzwonię aż coś znajdę. Pewnie chcesz ubrać coś bardziej stosownego?- Wyjął telefon, wpisał numer z trzymanej w ręce kartki i przyłożył aparat do ucha. Nie wyglądał już na rozbawionego sytuacją, był poważny i spięty.
- Muszę się czegoś napić. Idę po wodę.- Zostawiłam go na środku chodnika.
Byłam oszołomiona. Powinnam przywyknąć do tego, co odstawia Leto, ale nie umiałam tak z marszu przejść do porządku dziennego nad wszystkim, co wymyślił. Zaskakiwał mnie raz po raz, nie dając szansy przywyknąć do jednego, a już rzucając kolejną niespodziankę. Nie pozwalał mi odsapnąć. Życie z nim wymagało ciągłej uwagi i skupienia, brania udziału w jego spontanicznych pomysłach, akceptacji ich bez zastrzeżeń. Wiedziałam o tym, a jednak nadal ciężko mi było przyjąć to za normę. Wciąż powtarzałam sobie, że taki jest i to się nie zmieni.
Kupiłam butelkę wody i stanęłam w cieniu budynku, obserwując dzwoniącego Jr. Z każdym kolejnym wpisywanym numerem wyglądał na coraz bardziej poirytowanego, dopiero przy chyba ósmej rozmowie przestał marszczyć czoło i wypogodniał.
- Mam!- Przytruchtał do mnie, machając ulotką.- Za godzinę, w Chapel of the Flowers. Ktoś zwolnił miejsce.- Odetchnął z wyraźną ulgą.- Kurwa, już myślałem, że nic z tego, wszędzie komplet, jakby wszyscy zmówili się, że koniecznie muszą hajtać się w ostatni dzień roku.- Przejechał dłonią po włosach.- Kurwa, obrączki.- Rozejrzał się roztargnionym wzrokiem.- Ale jestem zdenerwowany.
- Widzę.- Chciało mi się śmiać, gdy patrzyłam, jak zwija się w sobie, nagle nie wiedząc, co robić. Ja, choć zakręcona, byłam zadziwiająco spokojna. Aż mnie samą zastanawiało, jak w podobnej sytuacji potrafiłam być prawie że chłodna emocjonalnie. Chyba nie do końca rozumiałam, co właśnie robimy, i być może gdy to do mnie dotrze, przeżyję jakiś wstrząs, szok. Teraz nie czułam nic, prócz oszołomienia.
- Mamy mało czasu, Ellie, i parę rzeczy do ogarnięcia. Nasza godzina już skróciła się o parę minut.- Mówił, ciągnąc mnie za sobą wzdłuż sklepów, aż zatrzymał się przed jednym.- Jubiler. Pysznie.- Weszliśmy do środka, on cały w nerwach, ja dając się prowadzić jak na sznurku.- Masz jakiś typ, czy mam sam wybrać?- Spytał, pochylając się nad gablotą z biżuterią.
- Skoro o wszystkim decydujesz sam...- Mruknęłam, rozglądając się.
- Przecież pytam cię o zdanie.- Leto wyprostował się, mierząc mnie rozdrażnionym wzrokiem.
- Coś prostego, i żeby nie było za duże.- Powiedziałam.
- Myślałem, że lubisz duże.- Uśmiechnął się na sekundę i znów spoważniał.
Milcząc przyglądałam się, jak rozmawia z jubilerem, ogląda proponowane przez niego wzory, wreszcie wybiera jeden. Również milcząc pozwoliłam sobie przymierzyć odpowiedni rozmiar obrączki, prawie nie zwracając na to uwagi. Zaczynałam rozumieć, że to dzieje się naprawdę. W głowie przez cały czas miałam jedno,
TO NIE JEST PIEPRZONY SEN.
Zdałam sobie sprawę, że właśnie mijają ostatnie chwile tej części mojego życia, w której byłam zwykłą dziewczyną, anonimową Ellie z Delphi, stan Indiana. Za niewiele więcej niż pół godziny stanę się kimś innym. Zgodziłam się na to, nie rozumiejąc tak naprawdę, co robię. Chciałam sprawić przyjemność mężczyźnie, z którym byłam związana, w rezultacie pozwalając mu zacieśnić nasze więzy prawie że nieodwracalnie. Tak jak powiedział, oddawałam mu siebie bez słowa oporu, a teraz, widząc jego zaangażowanie, nie miałam odwagi nawet próbować się sprzeciwiać. Gdybym to zrobiła, zniszczyłabym coś bezpowrotnie, a tego nie chciałam bardziej, niż nie chciałam wyjść za mąż w tak głupi sposób. Chciałam normalnej ceremonii, z rodziną, a nie czegoś, co wyglądało jak idiotyczny żart.
Prychnęłam, gdy pojęłam prostą prawdę: ostatnie miesiące mojego śmiesznego życia były żartem. Jednym wielkim kawałem, zrobionym mi przez coś lub kogoś, kto decydował o ludzkim losie. Kierująca nim siła musiała mieć niezły ubaw, gdy widziała, z jakim uporem unikam przez lata wszystkiego, co mogło zatrzymać mnie w Delphi i odwieść od chęci wyjazdu do LA w celu zrobienia kariery. Odmawiałam sobie wiele, planując przyszłość inną niż ta, która czekała mnie w rodzinnym miasteczku. Unikałam błędów, jakie popełniały moje koleżanki.
Teraz, po czasie, musiałam spojrzeć prawdzie w oczy: popełniłam je również i skończyłam tak samo, jak dziewczyny, których było mi kiedyś żal. Jak większość z nich zaszłam w niechcianą ciążę i jak większość z nich wylądowałam w związku z ojcem dziecka. Różnica polegała tylko na tym, że mój przymusowy mąż był kimś i miał niepowtarzalny sposób bycia. I to wszystko.
Nagle wydało mi się to śmieszne do tego stopnia, że zaczęłam chichotać. Szłam za trzymającym mnie za rękę Leto, nie słysząc co mówi, choć gadał przez cały czas, i śmiałam się pod nosem z własnej naiwności. Z tego, że jak głupia brałam swoją sytuację za lepszą, niż była. Z tego, że miałam Jr za kogoś w rodzaju wyroczni, może nawet herosa z mitologii, będącego kimś pomiędzy człowiekiem a bogiem. Nie był nim, był zwykłym, trochę postrzelonym facetem z masą uroku osobistego, świetnym ciałem i sporą kasą.
Nie wiedziałam nawet czy naprawdę go kocham. Może trochę, ale na pewno nie tak, żeby szaleć z radości z powodu ślubu. Bardziej pociągała mnie jego fizyczność niż intelekt, choć tego mu nie brakowało. Był mi bliski i jednocześnie obcy. Kochałam go i był mi obojętny. Po prostu był...
Musiałam przyznać sama przed sobą, że wciąż tkwiłam w tym samym momencie, w którym znalazłam się gdy go poznałam. Sprzedałam się i ta transakcja wciąż trwała. Nie czułam się jak dziwka, a jednak w jakiś sposób nią byłam. Chwilami, w seksie, nawet bardziej.
A najśmieszniejsze okazało się to, że było mi z tym dobrze.
- Ellie?- Poczułam jak Leto szarpie mnie za ramię.- Kurwa, Ellie, czy ty mnie w ogóle słyszysz?- Wyglądał na wkurzonego.
- Myślałam o czymś, wybacz.- Uśmiechnęłam się ze skruchą.
- Chcesz przebrać się w coś innego?- Obrzucił mnie wzrokiem.
- Nie.- Zdecydowałam w sekundę.
- Nie?- Zdziwił się.
- Nie. Przynajmniej będzie co wspominać.- Wzruszyłam ramionami.
Tak naprawdę chodziło mi o coś innego: chciałam widzieć siebie na zdjęciach właśnie w tej koszulce, chciałam patrzeć, jak sama sobie pokazuję palec, mówię "pierdolcie się" swoim dawnym marzeniom. Mój wygląd był idealny w świetle tego, co się działo. Biała suknia, kwiaty, wszystko, co powinno towarzyszyć prawdziwemu ślubowi, nie pasowało do obecnej sytuacji. Ja nie wychodziłam za mąż, jedynie dopełniałam formalności. A do tego mogłam wyglądać tak, jak w tej chwili.
Chapel of the Flowers był maleńkim białym budyneczkiem, stylizowanym na kościół, ze spadzistym dachem i pojedynczą wieżyczką. Wiktoriańskie wnętrze urządzone było ze skromnym przepychem. Wyglądało ślicznie i mimo wszystko byłam zachwycona tym, że wezmę ślub w tak pięknym miejscu.
- Proszę poczekać, w środku trwa jeszcze ceremonia.- Poinformowała nas siedząca za biurkiem w recepcji sekretarka.
Oddaliśmy jej otrzymany wcześniej dokument i obrączki, które zabrała, wychodząc przez boczne drzwi, i stanęliśmy na środku, czekając aż przyjdzie nasza kolej. Sami jak palce, nie mając nawet świadka, którym miał zostać jeden z tutejszych pracowników.
- Wszystko w porządku, Ellie?- Leto przyglądał mi się z troską w oczach, sam wyglądając jednak niezbyt pewnie. Wydawał się nieco przestraszony.
- Tak. Nic mi nie jest, tylko wiesz, jestem totalnie zaskoczona i w ogóle.- Mówiąc poprawiłam mu włosy, które rozpuścił specjalnie na, hmmm, ceremonię. Przy okazji stwierdziłam w myślach, że oboje wyglądamy inaczej niż zwykle, ja z agresywnym makijażem, on gładko ogolony. Zupełnie jakbyśmy byli kimś innym i to nie my a te dwie obce osoby za parę minut będą przysięgać sobie miłość do końca życia.
Co za farsa...
- Nie jesteś na mnie zła?- Spytał, obejmując mnie delikatnie.
- Nie.- Naprawdę nie byłam.- Ani zawiedziona. Ani rozczarowana.
- A ja jestem kurewsko szczęśliwy i podekscytowany. Robię coś, czego nigdy nie planowałem, ale to jest piękne i to jest to, czego chcę.
- Twoja mama nie będzie mieć pretensji, że ominęło ją coś tak ważnego?
- Zawsze możemy zrobić powtórkę, już tak normalnie. Sprosić całe rodziny i przyjaciół i odnowić przysięgę z całą otaczającą to pompą.- Przesunął wzrok ze mnie na otwierające się drzwi kaplicy. Ze środka wyszła ciemnoskóra para w kolorowych strojach, za nią stał starszy mężczyzna. Uśmiechnął się, przywołując nas gestem.
- Jestem sędzią.- Poinformował nas, wskazał miejsca przy oddzielnych stanowiskach i od razu zaczął odczytywać tekst przysięgi.
Nie słuchałam jej, wpatrzona w leżące na srebrnej tacce obrączki. Byłam jednak na tyle przytomna by w odpowiedniej chwili powiedzieć "Tak" i wsunąć obrączkę na palec Jr.
- Gratuluję, od teraz jesteście mężem i żoną.- Usłyszałam.
Sędzia przywołał gestem fotografa, który był przy okazji naszym świadkiem, i znikł z nim w sąsiednim pomieszczeniu. Wrócił po chwili i wręczył nam akt ślubu.
- Powodzenia na nowej drodze życia.- Uśmiechając się otworzył przed nami drzwi, za którymi czekała już następna para.
- To już?- Zdziwiłam się, wychodząc z kaplicy. Wszystko odbyło się tak szybko, że nawet nie zdążyłam się naprawdę zdenerwować.
- Tak, pani Leto. Już- Jared objął mnie, pocałował, i podniósł na chwilkę.- Teraz jesteś cała moja.


                                                                      ****


Miało być więcej, ale wszystko, co planowałam na rozdział, mogłoby się nie zmieścić, albo wyszłaby okropna dłużyzna. Dlatego ucięłam w takim miejscu. Reszta będzie w następnym.
I co myślicie o takim rozwoju akcji?
Pozdrawiam gorąco :)
Yas.