Pierwsze zwiastuny zmian pojawiły się w trzy dni po wyjeździe Jareda. Nagle i bez uprzedzenia, czyli w jego stylu.
W południe zapukał do drzwi człowiek z salonu samochodowego i wręczył mi, oniemiałej z zaskoczenia, dokumenty i kluczyki od nowego wozu, oczywiście białego Mercedesa. Model był inny niż ten, którym woziłam Jr jako jego szofer, do tego został wyposażony w rozmaite udogodnienia i bezpieczniejszy, niż wóz produkcji seryjnej. Stałam się posiadaczką Mercedesa-Benz CLA 200 AMG Line, którego wartość przekraczała moje potencjalne kilkuletnie dochody. Wóz stał jak gdyby nigdy nic przed kamienicą, ściągając na siebie ciekawe spojrzenia przechodniów i sąsiadów. Nie wierzyłam, że jest mój, choć upewniałam się o tym raz po raz czytając na papierach swoje dane.
Nie wiedziałam, czy mam się cieszyć czy złościć. Po części spodziewałam się, że moje życie się zmieni, ale nie wiedziałam, że stanie się to tak nagle i tak drastycznie będzie kontrastować z tym, do czego przywykłam. Nie było mowy o zwrocie prezentu, bo Mercedes nie był niczym innym, jak podarunkiem od chłopaka. W myślowej bitwie przekonałam siebie, że przyjmując propozycję wspólnego życia z Leto wzięłam też część tego, co do niego należało. Jak żona, choć w naszym przypadku nie było ani ślubu, ani spisanej przed nim intercyzy. Dziwnie się z tym czułam, ale przecież zgodziłam się na to, by Jared ułatwiał mi życie do momentu, aż przeprowadzę się do niego za niecały miesiąc. I nie mogłam powiedzieć, że własny samochód nie będzie dla mnie wygodą. Dotąd, jeśli musiałam jechać gdzieś dalej, na przykład do centrum, tłukłam się tam autobusem. Nie było to przyjemne, dlatego wyprawy poza najbliższe okolice ograniczałam do minimum. Teraz to się zmieni.
Oswoiwszy się z widokiem białego cacka wsiadłam do środka, pachnącego nowością, ustawiłam pod siebie fotel kierowcy i na szybko, jeszcze pełna wrażeń, napisałam do Jr wiadomość z podziękowaniem i stwierdzeniem, że za takie niespodzianki powinien dostać ode mnie klapsa. Nawet nie pomyślałam, jak to odbierze, dopiero jego odpowiedź uświadomiła mi, że mogłam zabrzmieć dwuznacznie.
"Nie musisz szukać powodów, żeby pomacać mnie po tyłku, tym bardziej, że uwielbiam, gdy to robisz. ;)
Cieszę się, że samochód Ci się podoba. Bądź ostrożna za kółkiem. Jr."
Zarumieniłam się, czytając pierwszą część SMS. Po cichu opieprzyłam siebie za to, że nie kryłam przed Jaredem swojej słabości do jego zgrabnego zaplecza. Chwila nieuwagi z mojej strony i oto efekty w postaci żartobliwego wypomnienia mi, że fascynują mnie jego pośladki.
Wróciłam myślami do naszego ostatniego wieczoru, jeszcze raz próbując zrozumieć jego postępowanie. Widziałam wszystko tak, jakbyśmy znów byli razem u mnie w pokoju, dzień przed wyjazdem Jr.
Leżeliśmy już, każde po swojej stronie łóżka, w pewnej od siebie odległości, jakby możliwość dotknięcia się przypadkiem napawała nas lękiem. Ułożyłam się na boku, patrząc na zajętego rozmową telefoniczną Jareda. Nie wiedziałam, co tym razem załatwia, ale musiała to być jakaś pilna sprawa, bo odzywał się krótko, ostro i mówił wymagającym uwagi tonem. A potem po prostu rozłączył się i odłożył aparat na podłogę, wzdychając przy tym, jakby dokonał czegoś, co dla innych było ponad siły a i jego sporo kosztowało.
-Wszystko w porządku?- Spytałam szeptem.
-Tak.- Zgasił lampkę i ułożył się tak jak ja, przodem do mnie.- Jutro o 11 będzie na mnie czekał śmigłowiec, który zabierze mnie na lotnisko w Indianapolis.
-Wynająłeś sobie śmigłowiec?- Byłam pod wrażeniem. Wiedziałam, że Jareda stać na wiele rzeczy, o których szaraczki mogły tylko marzyć, ale z trudem docierało do mnie, że teraz ta opcja dotyczy także mnie. To, co posiadał, cały majątek, nieruchomości, papiery wartościowe, inwestycje, wszystko miało stać się w przyszłości własnością Jamiego, a ja byłam przecież jego mamą. Pewne było nawet to, że mój synek przez długie lata będzie zbierał plony obecnej pracy swojego taty. Nikt nie wątpił że to, co Jr stworzył, będzie sprzedawane nawet po jego śmierci... A może szczególnie wtedy.
-Gdyby nie twój stan, zaproponowałbym ci wspólną podróż.
-Gdyby nie mój stan, nie było by cię tutaj, Jay.- Wypomniałam mu delikatnie.
-No tak.- Znowu westchnął.- Masz rację, nie było by mnie tutaj.
Jego szczerość zasługiwała na pochwałę, ale sprawiała dotkliwy ból. Coś ścisnęło mnie w gardle, zatkało je na moment i rozeszło się, pozostawiając po sobie niemiłe wspomnienie.
-Właśnie uzmysłowiłeś mi, jak mało dla ciebie znaczę.- Powiedziałam, nie kryjąc rozczarowania.
-Mylisz się.- Słowa zabrzmiały jak zarzut.- Właśnie dlatego, że znaczysz, musieliśmy się rozstać. Nie powinnaś marnować przy mnie czasu.
-Nigdy byś się do mnie nie odezwał, gdybym nie była w ciąży, więc wniosek jest prosty.- Upierałam się przy swoim.
-Nie wydaje mi się.- Jr pokręcił głową.- Wciąż wiedziałbym, że jesteś, każdego dnia miałbym tę świadomość. Sądzę, że w którymś momencie przegrałbym walkę z sobą.
-Ale nie jesteś tego pewien. A ja przez cały czas myślałabym, że się mną zabawiłeś i pozbyłeś, jak robi się z każdą dziwką. Niech cię cholera, Leto.- Wstałam energicznie, poirytowana jego zachowaniem. Było dziwne, obce, a dystans, jaki między nami istniał, był nieznośnie odczuwalny. Podeszłam do okna, patrząc na niewyraźny za mokrą szybą świat, starając się nie roztrząsać tego, jak oceniałabym siebie, gdybym nie zaszła w ciążę. Moje obawy sprzed miesięcy, pewność, że do końca życia miałabym siebie za szmatę, znów stały się prawdą.
-Ellie...- Drgnęłam, czując nagle obejmujące mnie ramiona. Nie słyszałam, żeby Jr wstał, więc gdy znalazł się przy mnie, a raczej za mną, przestraszyłam się.- Powinnaś czytać między wierszami, zrozumieć, co staram się przemycić w swoich wypowiedziach. Nie wszystko umiem powiedzieć wprost.- Pocałował mnie w odsłonięte ramię, potem w szyję, przyciskają się mocno do moich pleców.- Mówiłem przecież, że wtedy zaczęło mi zależeć.
-To było pół roku temu.- Mruknęłam, nieco zbita z tropu. Czyżby chciał powiedzieć mi, że...?
-I widząc cię wczoraj zrozumiałem, że wcale nie osłabło.- Ciche słowa zabrzmiały jak skarga i usprawiedliwienie w jednym.- Pamiętasz, jak rozmawiałaś z moim bratem przez Skype? Wtedy, gdy się wtrąciłem?
-Mhm.
-Miałaś na sobie koszulkę na ramiączkach.
-Nie pamiętam.- Zmarszczyłam brwi, starając sobie przypomnieć tamtą rozmowę.- Czy to ważne, w co byłam ubrana?
-Twoja koszulka prześwitywała. Shan wgapiał ci się w piersi, a mnie krew zalała, gdy to zobaczyłem. Nikt prócz mnie nie miał prawa ich widzieć.
-Nie miałam pojęcia...- Otworzyłam szerzej oczy, zawstydzona, przypominając sobie moment, w którym sięgałam po kabel od ładowarki laptopa, przypadkiem zsuwając niżej kołdrę, którą miałam podciągniętą pod brodę.
-Wściekłem się, bo wmawiałem sobie, że mi przejdzie, a tymczasem okazało się, że wcale nie ma zamiaru.
-Byłeś zazdrosny?- Spytałam całkiem niepotrzebnie, ale chciałam usłyszeć potwierdzenie z jego ust. Czułam się przy tym tak, jakbym oderwała się do ziemi i szybowała w chmurach, lekka jak piórko dzięki rozpierającej mnie radości. Cieszyłam się głównie dlatego, że nie musiałam źle o sobie myśleć, byłam czysta, byłam... On mnie chciał, przez cały czas, a to zwalniało mnie z poczucia winy wobec siebie.
-Byłem, jestem i będę skurwysyńsko zazdrosny, Ellie.
Mrugnęłam kilka razy, skupiając wzrok na szybie i patrząc na nasze odbicie, zamazane i niewyraźne. Nie wiem czemu, ale przyszło mi wtedy do głowy, że nasza przyszłość jest równie niejasna jak obraz naszych twarzy w zalanej deszczem szybie.
Grudzień, ostatni miesiąc roku, był dla mnie zarazem ostatnim spędzonym w Indianie. W dodatku nie w całości: Jr zaplanował moją przeprowadzkę od A do Z, informując mnie po prostu kiedy się po mnie zjawi. Nie spodziewałam się że zapyta, czy termin, jaki wyznaczył, nie koliduje u mnie z czymś, co ja ustaliłam wcześniej. Taki już był. Szef w każdym calu, tak w pracy jak i w sprawach osobistych. Poza tym, mimo wszystkich łączących nas relacji, traktował mnie jeszcze jak niedorosłą do poważniejszych decyzji dziewczynę. Liczył się z moim zdaniem, ale prawie zawsze przedstawiał tyle argumentów popierających jego stronę, że musiałam przyznać mu rację. Był człowiekiem, który wszystko przemyślał, nim stwierdził, że najlepiej daną sprawę załatwić tak czy tak.
W tym przypadku była to data mojego wyjazdu do LA, druga połowa grudnia, na cztery dni przed świętami. Miałam niecałe 3 tygodnie na dopięcie swoich spraw, zawiadomienie odpowiednich urzędów o zmianie miejsca zamieszkania, pożegnanie się z rodziną i z babcią. Smutno mi było na myśl, że ją zostawię, ale przez cały czas powtarzała mi, że muszę mieć na względzie dobro Jamiego i swoje. Tylko to było ważne, a także fakt, że między mną i Leto zaczęło się układać.
Nie mówiłam babci o swoich obawach co do prawdziwości jej stwierdzenia. Nie mogłam być pewna, że naprawdę mój nowy-stary związek będzie szczęśliwy. Nikt nie umiał powiedzieć, co stanie się, gdy ja i Jared zostaniemy sami, mając do rozwiązania zwykłe, ludzkie problemy. Nie miałam na myśli finansów, lecz codzienność, w naszym przypadku specyficzną z racji jego ciągłych wyjazdów. Wiedziałam, że najbliższe miesiące oznaczają dla mnie w zasadzie samotność w czterech ścianach. Nie miałam w LA znajomych, przyjaciół, nie miałam nikogo. Nawet jeśli poznam ludzi z kręgów Jareda, nie od razu znajdę z nimi wspólny język. Jedyną osobą, z którą będę mogła porozmawiać, zostawała Connie. Lubiłam ją, ale... Bałam się, że przyjdą chwile, w których będę potrzebowała obok siebie kogoś, kto przygarnie mnie do siebie przed snem, powie coś czułego, pocałuje w czoło. Wiedziałam, jak wyglądają puste, samotne wieczory, gdy mieszka się samemu, przeszłam to już, będąc w LA po raz pierwszy, przed poznaniem Leto. A teraz byłam w ciąży i obawiałam się, że będę go potrzebowała bardziej, niż kiedykolwiek w innej sytuacji. Jego nieobecność mogła negatywnie wpłynąć na rodzącą się dopiero bliskość i zażyłość, w tej chwili karmiącą się nadziejami i marzeniami o przyszłości. Ale cóż, wybrałam, zdecydowałam, czy raczej zgodziłam się z decyzją Jr, więc musiałam wziąć się w garść i przestać myśleć o tym, co może się popsuć. Lepiej nie wywoływać wilka z lasu.
O ile sprawy urzędowe nie wiązały się z żadnymi utrudnieniami, o tyle na myśl o wizycie w rodzinnym domu dostawałam czkawki. W przenośni co prawda, ale perspektywa wysłuchiwania utyskiwań mamy, jazgotu psa i dziecinnego paplania Shelley nie była przyjemna. Odkładałam jazdę do Delphi z dnia na dzień, wynajdując sobie dziesiątki powodów, żeby dziś zostać w domu. Raz padał śnieg, kiedy indziej czułam się nie najlepiej, jednego dni bolały mnie plecy, drugiego pomagałam babci przy ciastach... W końcu połapałam się, że został mi niespełna tydzień do opuszczenia Lafayette. Byłam gotowa, spakowana, wszystkie dokumenty, pamiątki, bibeloty spoczywały posegregowane w kartonach. Zostało mi tylko zawiadomić rodziców, nic więcej.
Pogoda sprzyjała jeździe, było słonecznie, choć mroźno. Nie bałam się wyruszyć w drogę mimo leżącego na drogach śniegu. Mercedes sprawował się doskonale, czułam się w nim jak ryba w wodzie, zdając się na pomagające w kierowaniu ulepszenia. Mogłam jechać autobusem, ale moja próżność, cecha, którą odkryłam w sobie niedawno, kazała mi pochwalić się nie byle jakim wozem przed miasteczkiem. Ciekawa byłam, co będą mówić sąsiedzi i znajomi z Delphi, gdy zobaczą, czym się wożę.
Mimo to, zatrzymując się przy krawężniku niedaleko domu rodziców, znów czułam się niepewnie. Wróciły wspomnienia sprzed miesięcy, widok obskurnego pokoiku przy kuchni, dźwięki, towarzyszące porankom, słowa rozmów za ścianą, gdy nikt nie przejmował się tym, że wszystko słyszę. I co najgorsze, obraz psiej miski z cuchnącym, zbrązowiałym mięsem przy moich drzwiach. Jak dobrze, że to już nie wróci, pomyślałam.
Stanęłam przed domem i zawahałam się: pukać, czy wchodzić jak do siebie? Nim sięgnęłam do klamki, drzwi otworzyły się z rozmachem, płosząc mnie.
-Ellie, niech mnie zaraza, siostrzyczko!- Rollie złapał mnie w objęcia, nim zdążyłam otworzyć usta.- Myślałem, że obraziłaś się na wszystkich.- Odsunął się na długość ramion i obejrzał mnie z góry na dół.- Brzuch ci rośnie.- Stwierdził, nagle poważniejąc. Uśmiech, którym mnie przywitał, znikł z jego twarzy jak zdmuchnięty.- Wiesz, że Shelley się wyniosła?
-Nie. Co się stało?- Wreszcie mogłam się odezwać. Rollie wziął mnie za rękę i pociągnął do środka.
-Stwierdziła, że nie wytrzyma dłużej nocnego wstawania i płaczu małej. Spakowała manatki i wyniosła się do kumpeli. Podobno chodzą razem na imprezy.- Mówił tonem pełnym żalu i pretensji, najwyraźniej nie widząc w sobie ani krzty winy.
-Trzeba było trzymać fiuta w spodniach, a nie...- Zza drzwi kuchennych wyłoniła się głowa mamy.- Ellie? Co ty tu robisz? Miałaś siedzieć u babci.- W jej głosie więcej było wyrzutu, niż radości, że mnie widzi. Sama ani raz nie pofatygowała się odwiedzić mnie w Lafayette, ograniczając się do kilku niezbyt miłych rozmów przez telefon.- Ale ty zgrubłaś.- Dodała, patrząc wymownie na moją figurę.
-Ja też cieszę się, że znów się spotykamy.- Odezwałam się z przekąsem.- Przyjechałam w zasadzie tylko na chwilkę, więc nie musisz kroić ciasta ani robić herbaty.- Było mi przykro, że po tak długim czasie nawet mnie nie uścisnęła, gapiąc się tylko tak, jakbym swoim pojawieniem się robiła jej na złość. Nawet nie wyglądała na skruszoną moją uwagą o herbacie.
-Zapomniałaś czegoś?
-Nie. Chciałam tylko odwiedzić dom, to wszystko.- Powiedziałam, od razu mając ochotę zawrócić, wyjść, wsiąść do samochodu i nie zatrzymywać się nigdzie, dokąd nie znajdę się przed domem Jr. Chciałam znaleźć się jak najdalej od kobiety, która zmieniła się w mojego wroga tylko dlatego, że miałam mieć nieślubne dziecko.
-Mogłaś zadzwonić.- Wypomniała mi bez ceregieli.
-Mamo, mam głęboko w dupie, co będą tu o mnie mówić.- Zacisnęłam pięści, chowając dłonie w kieszeniach kurtki.- Przyjechałam zobaczyć się z tobą, a ty nawet nie powiedziałaś "cześć". Nie spytasz, jak się czuję, tylko martwisz się, czy ktoś mnie widział? Nic cię nie interesuje poza opinią pustych bab?- Starałam się nie krzyczeć, ale i tak podnosiłam głos przy każdym kolejnym zdaniu.- Chciałam zrobić ci niespodziankę, żebyś miała o czym opowiadać koleżankom, zamykając im gęby.- Narzuciłam sobie spokój, obierając inną drogę, dzięki której mama nie zacznie zasypywać mnie pretensjami i zarzucać, że swoją wizytą narażam ją na plotki. Nikt w Delphi nie wiedział o mojej ciąży, przeniosłam się do babci za wcześnie, by dało się ją zauważyć. Teraz na pewno ktoś mnie widział, wysiadającą z wozu, za którym oglądano się na ulicach.
-Niespodziankę?- Zdziwiła się ironicznie.- No to zrobiłaś. Jedna ledwie co wyniosła się, zostawiając dzieciaka, to dopiero była niespodzianka. Musiałam zwolnić się z pracy, żeby niańczyć wnuczkę, myślisz, że ktoś mi za to płaci? Jeśli chcesz, żebym pożyczyła ci na życie, to zapomnij.
-Nie chcę od ciebie pieniędzy.
-Pewnie babcia wyrzuciła cię na bruk i chcesz się tu wprowadzić?- W oczach mamy pojawiło się przerażenie. Prawie panika.
Nagle zachciało mi się śmiać i ledwie udało mi się opanować. To było jak szklanka zimnej wody w upał, przyniosło mi ulgę i pozwoliło spojrzeć na wszystko z dystansem. Nie wiem, dlaczego spodziewałam się innego przywitania, przecież mogłam, powinnam wiedzieć, że go nie będzie.
-Nie, choć owszem, opuszczam Lafayette. Wyjeżdżam do LA.- Poczęstowałam ją pierwszą porcją informacji.
-Znowu? Pewnie za rok wrócisz z dzieciakiem, spłukana.- Mama machnęła ręką, jakby odganiała muchę, ale nie umknął mi błysk satysfakcji w jej oczach.
-Raczej nie. Doszłam do porozumienia z ojcem Jamiego.- Mówiąc o synku poklepałam delikatnie swój okrągły brzuch.
-O?- Ślad zainteresowania zmył z twarzy mamy poprzednią niechęć.- Żenicie się?
-Nie.- Jak na złość musiałam się zarumienić.- Ale będziemy razem mieszkać. Przyjeżdża po mnie z 4 dni.- Z jakiegoś powodu nie umiałam tak po prostu powiedzieć, kim jest ów "ojciec Jamiego". Wydawało mi się, że zdradzając jego nazwisko zapeszę coś, sprawię, że Jr nagle zmieni zdanie i nie pojawi się, dzwoniąc i informując mnie, że to nie ma sensu. Miałam wrażenie, że moja mama jest czymś w rodzaju katalizatora złych życzeń, zawiści małomiasteczkowych ponuraków, i wiedząc, z kim będę dzielić przyszłość, samym myśleniem o tym wszystko zepsuje.- Nie mogę powiedzieć, o kim mowa, to właśnie na niespodzianka, o której dowiesz się, jak już się urządzę i przyślę wam bilety na samolot.- Sama nie wierzyłam w to, co mówię, słuchałam siebie, w głowie krzycząc "przestań, idiotko, zamknij się". Dzięki temu udało mi się nie spytać, co powiedziałaby na święta w LA. Ostatnią rzeczą, jakiej Jr by się po mnie spodziewał, było spraszanie rodziny bez uprzedniego pytania go o zdanie.- Muszę już wracać.- Zaczęło mi się spieszyć w obawie, że pod obstrzałem maminych pytań zdradzę, z kim będę mieszkać.- Mam jeszcze do załatwienia parę spraw przed wyjazdem.- Skłamałam.- Mogę zobaczyć małą?- Zwróciłam się do Rolliego, który przez cały czas stał jak kołek obok nas i nie wtrącił słowa.
-Śpi, niedawno jadła.- Wskazał głową salon.
-Będę cicho.- Obiecałam.
Weszłam do pokoju i pochyliłam się nad stojącą w kącie kołyską, patrząc na niemowlęcą buzię, okoloną czarnymi loczkami.
-Jakie ma oczy?- Spytałam szeptem, nie chcąc jej budzić.
-Brązowe.
-Jest śliczna.- Stwierdziłam, choć niewiele mogłam powiedzieć, widząc tylko jej półprofil. Mimo to znalazłam w niej pewne podobieństwo do brata, głównie w kształcie brwi i sposobie, w jaki dziewczynka zaciskała usta, sapiąc przez sen.- Kiedyś będzie bawić się z moim Jamiem.- Powiedziałam, ostrożnie gładząc jej policzek. Przy okazji niepostrzeżenie wsunęłam pod jej poduszkę czek, który zwrócił mi podczas swojej wizyty Jr. Wystawiony na okaziciela nie wymagał poprawek i był ważny przez rok od dnia, w którym go wypełniłam.- Żałuję, że tak wam się ułożyło, ale może to wyjdzie małej na zdrowie. Shelley nie byłaby dobrą matką.
-Byłaby, gdyby urodziła psa.- Mama rzuciła to z pogardą i obrzydzeniem, całkowicie dla mnie zrozumiałym.- Zadzwonić ci po taksówkę? Autobus do Lafayette jest dopiero za godzinę.
-Nie trzeba, mam samochód. Zostawiłam go niedaleko.
-Kupiłaś samochód? Jaki?- Brat od razu nadstawił uszu.
-Dostałam od... chłopaka.- Wyszłam przed dom, dopinając kurtkę. Mama stała w drzwiach, jakby krępowała się choćby mnie uścisnąć, więc zrobiłam to pierwsza. Objęłam ją i uścisnęłam, na co odpowiedziała sztywnym złapaniem mnie w pasie i kilkoma klepnięciami w plecy.- Do widzenia. Pozdrów tatę.
-Powodzenia, Ellie.- To było wszystko, na co się zdobyła, choć miałam nadzieję, że życzyła mi tego ze szczerego serca a nie dlatego, że wypada.
-Odprowadzę cię, chcę zobaczyć, co to za wózek.- Rollie narzucił na grzbiet dżinsową, podbijaną kożuszkiem kurtkę i ruszył za mną w dół podjazdu.
-Niemiecki.- Wzruszyłam ramionami, rozdarta między dumę, że mi się powiodło, a żal, że najbliższe mi kiedyś osoby zachowują się wobec mnie tak obojętnie. W końcu dałam spokój smutkom, wiedząc, że lepiej pozwolić im szaleć, gdy będę już bezpieczna w domu, niż teraz, gdy mam prowadzić.- Jr ma podobny, lubiłam go prowadzić, pewnie dlatego kupił mi ten.- Wyszliśmy zza zasłony żywopłotu i wskazałam ręką na zaparkowany pod drzewem wóz, lśniący bielą i chromowanymi felgami.
-O żesz kurwa...- W głosie Rolliego słychać było niebotyczne zdumienie i zazdrość.- Ty, siostra, ile ten twój ma kasy, że ci takie prezenty kupuje?
-Nie wiem, nie pytałam.- Czułam się skrępowana jego ciekawskim pytaniem.- Muszę jechać.- Cmoknęłam brata w policzek, zastanawiając się, czy przypadkiem nie jestem podrzutkiem albo znajdą, wychowaną przez jego rodziców. Za bardzo się od nich różniłam, żeby pochodzić z tej samej rodziny.
-Powiesz mi, kto to jest? Nie pisnę matce słowa.- Złapał mnie za nadgarstek, zanim zamknęłam za sobą drzwi. Musiałam skonfrontować prośbę brata ze swoimi głupimi lękami o zapeszenie i doszłam do wniosku, że powiedzenie bratu to nie to samo, co powiedzenie mamie. Dowie się od osoby trzeciej, a ja będę za daleko, żeby spojrzała na mnie i 'rzuciła urok'.
-Jared Leto.- Łagodnie uwolniłam rękę z uścisku i zatrzasnęłam drzwiczki. Ruszając w drogę śmiałam się z głupiej, niedowierzającej miny Rolliego, który wgapiał się w tył mojego ślicznego Mercedesa, a potem zerwał biegiem i znikł mi z oczu.
Wyjechałam z Delphi, czując ulgę i wiedząc, że żegnam je bez żalu. Pozostawię sobie dobre wspomnienia, zapomnę o złych z ostatnich miesięcy, także o dzisiejszym dniu. Mogłam iść do przodu.
Zatrzymując się przed kamienicą w Lafayette wyjęłam z kieszeni telefon i napisałam do Jareda dwa słowa, które miały dla mnie wielkie znaczenie i mówiły wszystko.
"Jestem gotowa".
******
Hej :)
Znów z opóźnieniem, ale chyba do tego przywykliście...
Jak zwykle czegoś nie napisałam, rezygnując z tego na chwilę obecną, by pojawiło się w następnym rozdziale. Inaczej musiałabym zmieścić tu jeszcze wyjazd do LA, a wolę poświęcić mu osobny kawałek. Tak więc za tydzień czy tam kilka dni Ellie na dobre żegna się z Indianą i wkracza na łono rodziny Leto